...bo-jak mawia moja ukochana Żonka Bronka-pochodzi od innej małpy
Wpisy
Mój samochodzik miał ostatnio humory. Nie funkcjonował tak do końca normalnie, przy czym jego defekt nie przeszkadzał w użytkowaniu, aczkolwiek był lekko upierdliwy. Instrukcja mnie nie oświeciła, znajomi również nie, pojechałam więc do serwisu. Moja koncepcja jest taka, że autko posiadające - jak powszechnie wiadomo - bogate życie wewnętrzne i złożoną psychikę, widząc, gdzie zostało zaparkowane, zapadło się w sobie, zlękło pana doktora i wyzdrowiało. Bo kiedy mechanik wyszedł, obejrzał, otworzył, zajrzał do środka (podkreślam: zajrzał jedynie), autko z powrotem wróciło do normalności. Inna koncepcja mówi o rękach, które leczą. Może mechanik takimi dysponuje.
Urzeczona tym cudem pognałam na pocztę, by na podstawie awizo odebrać przekaz pocztowy. Pomyślałam, że może zamiast spodziewanego zwrotu nadpłaconej daniny otrzymam spadek po nieznanym (po znanych przodkach mogę liczyć na skarpetki) przodku. Niestety, tym razem cudu nie było, postałam w kolejce, odczekałam swoje, by otrzymać zawrotną kwotę siedmiu złotych i sześćdziesięciu dwóch groszy. I kombinuję teraz, jak mogłabym za to zaszaleć?
Sobota zapowiada się pięknie. Miłego dnia!
Mój Mąż postanowił zrobić mi przyjemność i podczas krótkiego pobytu w domu umył naczynia, których trochę się w zlewie nazbierało. Pod koniec procedury mycia krzyknął z kuchni, że zostawia w zlewie coś do odmoczenia, bo nie daje rady tego umyć. Normalka, nie zwróciłam na to uwagi, zdarza się przecież, że coś się przypali.
Kilka godzin później weszłam do kuchni i w zlewie zastałam prawdziwą górę rzeczy, które musiały się odmoczyć. Między innymi garnek, w którym w wodzie gotowałam Mężowi na śniadanie parówki...
Bodajże w Przystanku Alaska jedna z bohaterek uznała, że kobieta jest przed, po albo w trakcie. Znacie też na pewno dowcip przywołany przeze mnie w tytule:
-Kochanie, dlaczego gotujesz ziemniaki w trzech garnkach?
-Bo tak!
Opowiem Wam drugi w podobnym tonie.
Mąż wraca do domu i wita się z żoną.
-Dobry Wieczór Kochanie!
-Nie będziesz mi mówił, czy jest dobry, czy nie!
Tekst z Przystanku Alaska przywołuję bardzo często pół żartem, pół serio. Dowcipy mnie śmieszą. Ale...
Wczoraj Mój Mąż raczył się ze mną pokłócić. Dla lepszego zrozumienia kontekstu sytuacji przypomnijcie sobie ten wpis.
Mój Mąż wciąż daleko. Zadzwoniłam do niego około 9 rano, chciałam dowiedzieć się, kiedy mogę się go spodziewać. Nie odebrał. Uznałam, że pewnie jest zajęty i cierpliwie czekałam aż oddzwoni. Około godziny 15 zorientowałam się, że czekam już 6 godzin. Napisałam więc smsa: czy wszystko w porządku? Brak odpowiedzi. Napisałam więc: martwię się, chyba napisanie krótkiej wiadomości nie sprawiłoby żadnego kłopotu? Zadzwonił zdziwiony, że coś jest nie tak. Od słowa do słowa... i mieliśmy małą awanturę.
Nie wymagam, żeby dzwonił co godzinę. Wystarczy napisać smsa, żeby podtrzymać kontakt. I wiem, że mógł to zrobić, bo nie był wcale aż tak bardzo zajęty, sam mi to powiedział.
Wiecie, czasy bez komórek były pod pewnymi względami lepsze. Nie było wiadomości, bo nie było możliwości ich przekazania. A skoro teraz te możliwości mamy, to przyzwyczailiśmy się, że brak informacji oznacza złą wiadomość. A kiedyś było wręcz przeciwnie.
Byłabym zapomniała, pewnie się zastanawiacie, jaki ma to związek z początkiem wpisu?
Otóż wieczorem Mój Mąż zadzwonił, pogawędziliśmy sobie. Zapytał się, jak się czuję, bo wyczuł, że chyba zmęczona jestem. Powiedziałam, że brzuch mnie boli, okres dostałam i chyba zaraz pójdę spać. I co na to Mąż?
-To dlatego byłaś na mnie wkurzona o ten telefon!
Z dowcipów to ja się mogę śmiać. Ale sprowadzanie każdej różnicy zdań do zmian hormonalnych zachodzących w organizmie kobiety niemożebnie mnie irytuje.
Ja się nawet te kilka lat temu cieszyłam na Euro. Pamiętam, jak rozemocjonowana czekałam na werdykt. I jak tylko dowiedziałam się, że organizujemy turniej razem z Ukrainą, zadzwoniłam do Mojego Męża, z entuzjazmem oznajmiłam mu nowinę, że mamy Euro. A wiecie, co on na to? Czemu się cieszysz, myślisz, że Polska jest gotowa na wspólną walutę z Europą?
Ale dzisiaj nie o Mężu będzie.
Przemawia do mnie idea turystyki związanej ze sportem. Jeszcze przede mną w marzeniach raczej niż w planach kibicowanie olimpijczykom, czy piłkarzom na Camp Nou, na razie jeżdżę po Polsce, mam za sobą np. udział w kilkudniowym międzynarodowym turnieju siatkarskim kilkaset kilometrów od domu. Zastanawiam się, co musiałoby mi się stać z głową, żebym zainteresowała się wtedy tym, że ktoś chce moją duszyczkę nawrócić na jakąkolwiek wiarę? Poza wiarą w naszą drużynę, nic mnie wtedy nie ruszało.
Pozostaje mieć nadzieję, że Czesi wezmą ten transparent za dobry żart. Czy nasz instytucjonalny Kościół cierpi na przerost ego i nie może pogodzić się z tym, że przez kilka tygodni będzie gdzieś z tyłu sceny?
Zadziwiła mnie też wypowiedź pewnego pana, który się wstydzi. Wstydzi się rzeczy, z których powinien być dumny. Ale nie jest, bo nie podoba mu się to, jak wyglądają jego następcy. Nawiasem mówiąc, nie wiem, czy przypominam sobie coś, co temu panu odpowiadało. Ale nie może być inaczej, stare porzekadło wyraźnie mówi: z jakim przestajesz, takim się stajesz.
Kilku komentatorów i ekspertów od siatkówki, to byli gracze złotej drużyny Huberta Wagnera. Próbuję sobie przypomnieć sytuację, w której dyskredytowaliby któregoś z selekcjonerów, czy zawodników. Nawet jeśli się nie zgadzają, ich argumenty są konkretne, rzeczowe i na poziomie. To potwierdza moją teorię, że niestety kopanie piłki nogą, w większości przypadków źle wpływa na ludzi. Może specjaliści od kinezjologii sprawdzą wpływ ruchów kopiących nóg na funkcjonowanie umysłu i spostrzeganie świata?
I taka jestem rozdarta przez to wszystko. Cieszyć się na to Euro, czy nie?
Dzisiaj w warzywniaku uległam pokusie. Kocham truskawki miłością dojrzałą i cierpliwą, więc zazwyczaj nie jestem w stanie nabyć ich w cenie 30 złotych za kilogram. Po raz pierwszy w życiu kupiłam więc truskawki włoskie o połowę tańsze. Mam nadzieję, że nie zostanę oskarżona o to, że zdradzam nasz kraj. Jak myślicie?

Dziwne w smaku te truskawki...
Rano do mojego ulubionego radia zadzwoniła pani, która z wyraźną paniką w głosie oznajmiła, że dzisiaj po 26 latach znowu zdaje maturę i w związku z tym bardzo się denerwuje. W pracy jedna z koleżanek przez cały dzień chodziła po różnych pokojach, racząc innych opowieściami o maturalnym stresie. Nie dość, że sama niewiele zrobiła, to jeszcze przeszkadzała w pracy innym.
Oczywiście maturę zdawały dzisiaj ich pełnoletnie dzieci. Dzieci... Dzieci?
Zdawałam maturę kilkanaście lat temu. Fakt, byłam dobrą uczennicą. Nikt nie musiał drżeć, czy zdam, bo zdałam bardzo dobrze i nie był to łut szczęścia. A matematykę - postrach obecnych maturzystów, zmorę ich rodziców, z którą jednakże dużo łatwiej o dobrą, sensowną, przyszłościową pracę - wybrałam sama. Być może moje spojrzenie jest w związku z tym wszystkim skrzywione.
Niemniej jednak nie pamiętam, aby rodzice moi, czy znajomych, byli aż tak spanikowani. Nie czekali tłumnie pod szkołą. Po egzaminie szło się wspólnie na spacer, informując rodziców o tym, jak poszło, dopiero późnym popołudniem, bo przecież nie było komórek. Źle spali w nocy raczej uczniowie.
Czy nie należałoby jednak nie denerwować się aż tak z powodu rzeczy, na którą nie ma się wpływu? Bo maturę zda lub nie uczeń, w zależności od tego, jak się przygotuje. Śmiem twierdzić, że panika rodzica, który czuje całym sobą, że to on ten egzamin zdaje, wywiera tylko niepotrzebną presję. Czasem może zniechęcić. Uniemożliwia też wzięcie pełnej odpowiedzialności za podejmowane działania.
To byłam ja, Panna Mądralińska...

Mój Mąż nie jest fanem zakupów odzieżowych. Na szczęście raz na jakiś czas, budzi się w nim potrzeba. Jest w nim coś z cywilizowanego człowieka, gdyż potrzeba ta budzi się mniej więcej raz na sezon jesienno-zimowy i raz na wiosenno-letni. Dodatkowo pobudzam ją jeszcze w trakcie wyprzedaży. I niektóre znajome i tak zazdroszczą mi, twierdząc, że to duża częstotliwość.
Z butami jest gorzej dlatego, że Mój Mąż do butów się przywiązuje. I jak już mu się chodzi w jakimś obuwiu dobrze, to nie ma ochoty porzucać go dla nowej pary. Mąż jest z tych, co to nie muszą mieć butów do każdego płaszcza i do każdej kurtki. Co ma swoje plusy, ale minusy również.
Wspólne kupowanie męskich spodni, koszuli, swetrów lubię, ale poszukiwania butów mnie męczą. Częściej podczas takich wypraw pada zdanie nic tu nie ma, idziemy stąd (po przekroczeniu progu sklepu o metr), nierzadko Mój Mąż po samym dotyku stwierdza, że buty będą niewygodne i nieodpowiednie rozmiarowo. Trzeba go czasem motywować do zmierzenia.
Brak mojej obecności na obuwniczych zakupach miał w przeszłości złe skutki. Mój Mąż postanowił zakupić sobie samodzielnie sandały. Przyniósł zakupione do domu, bardzo zresztą ładne i skórzane. Sandały miały jednak jedną podstawową wadę. Były dwa rozmiary za duże...

Kiedyś góry odwiedzałam regularnie i bardzo często. Teraz rzadziej, z wielu różnych przyczyn, które trzeba będzie pokonać, bo od kilku dni czuję w łydkach, że albo częściej, albo wcale. Tak, życie mieszczucha i praca za biurkiem nie ułatwiły mi wejścia na szczyt. Może gdybym poprzestała na mniejszych górach...,
Nie narzekam oczywiście, żartuję sobie trochę. Bardzo jestem zadowolona z tego wypadu i faktycznie chciałabym częściej. Gdy jestem tutaj nie czuję, jak tęsknię za górskimi wędrówkami. Ale gdy jestem tam, uderza mnie to bardzo mocno.
Trochę przeszkadzały tłumy na szlaku, irytowały schroniska, które dawno przestały być schroniskami z prawdziwego zdarzenia, przy czym obsługa mentalnie tkwi w jakiejś innej rzeczywistości. Ale to szczegóły.
Tłumy przeszkadzały, ale widok ludzi, dorosłych i dzieciaków ciągnących w górę był budujący. Nie tylko grill, nie tylko ciepłe piwo na plaży, chcemy jeszcze wysiłku i widoków.

To był chyba jeden z pierwszych wpisów na moim blogu...
Jak wiecie, Mój Mąż aktualnie pracuje poza miejscem zamieszkania. Praca ciekawa, atrakcyjna pod wieloma względami, w zasadzie dla nas obojga jest istotne, by rzecz wypaliła. Przymykam więc oko na to, że jestem sama, że go nie ma, że nie ma głowy do tego, by zadzwonić, że czasem nie przyjeżdża na weekend. Zaakceptowałam też to, że na długi weekend, a raczej na długi tydzień nie przyjeżdża. Mimo to wzięłam sobie wolne, aby odpocząć. Zaplanowałam sobie różne spotkania, rozrywki, wypad w góry.
Wczoraj niespodziewanie przyjechał, między innymi dlatego, że skończyły się czyste skarpetki. Dzisiaj miał jechać z powrotem. Okazało się, że zostaje w domu na cały tydzień.
Cieszę się, że trochę czasu ze sobą spędzimy. Ale z drugiej strony...
Dzisiaj wyjeżdżam na 2 dni na babską wycieczkę. I zostawiam go samego. Radość z powodu zaplanowanego wyjazdu trochę mi zmalała, bo skoro już jest, a widzimy się ostatnio rzadko, to i z nim chętnie bym czas spędziła...
Nie ma go - źle, przyjechał - też niedobrze. Wiem, wiem...
Mam wrażenie, że moja percepcja filmów w kinie jest zaburzona. Jasne, że oglądając coś w domu się rozpraszam, czasem przerywam oglądanie, nie zauważam wszystkich szczegółów. W kinie oglądam dokładniej, więc nie jest zaskakujące, że filmy robią na mnie większe wrażenie, pewnie wszyscy tak mamy. Ale dodatkowo filmy w kinie jakoś tak... bardziej mi się podobają. No chyba, że oglądam film na nocnym maratonie, na który zabrał mnie Mój Mąż. Do dziś ten film wydaje mi się nudny, bo po prostu na nim zasnęłam. Kino nie pomoże też żenującemu tworowi udającemu komedię romantyczną, na który wyciągnął mnie kiedyś kolega. Upieram się, że komedie romantyczne znam trzy (jak sądzicie, jakie?), reszta jest dla mnie albo innym gatunkiem filmowym, albo czymś, co na miano jakiegokolwiek gatunku filmowego nie zasługuje.
W związku z tym nie wiem, czy film, który widziałam dzisiaj, spodobałby mi się tak samo w domu, nie wiem, czy to jest dobry film. Podejrzewam, że wiele osób różne rzeczy twórcom zarzuci, wiem nawet jakie. Może faktycznie to, że oglądałam go w fajnym kinie coś zmieniło? Może w domu by mnie znudził? I nawet Ewan McGregor by nie pomógł? Nawet gdyby jakimś cudem stał się Colinem Firth?
W każdym bądź razie "Połów szczęście w Jemenie" spodobał mi się bardzo. I znowu płakałam w kinie. Przejęłam się losem ryb!
Być może film tak do mnie trafił, bo mniej więcej po kwadransie zorientowałam się, że treść idealnie pasuje do tematu, którym się w tej chwili zajmuję w pracy. Siedzę po uszy w zarządzaniu zmianą, czytam, analizuję, piszę. Zarybianie pustyni przez jemeńskiego szejka (szaleńca lub wizjonera, jak kto woli) to świetny przykład na wprowadzanie zmiany i na to, co z jej powodu może się z ludźmi dziać.
A to, co dzisiaj napisałam, stanowi z kolei świetną ilustrację do czegoś, co potocznie nazywamy zboczeniem zawodowym.
Co tam blox, co tam srACTA, jak ja tu mogę z torbami, meblami i sprzętem AGD pójść!
Mała zmiana od wczoraj w nagłówku w celu uhonorowania tej, która zainspirowała, dała podtytuł i wiernie - mam nadzieję - czyta moje wypociny, przynajmniej tyle może zrobić, skoro pisać ze mną nie chciała.
I już niedługo powinnyśmy się Kochana zobaczyć!