Menu

mój mąż mnie wkurza...

...bo-jak mawia moja ukochana Żonka Bronka-pochodzi od innej małpy. Zatem skończ jeść i nie pij, zawartość tego bloga grozi zakrztuszeniem.

Mój pierwszy

zona.oburzona

Pierwszy Dzień Matki w nowej roli jest jeszcze dziwny. W roli posłańca życzeń od naszego malucha wystąpił Inspirator. I chociaż uściski, całuski i laurki jeszcze przede mną, to i tak to święto nabrało dla mnie nowego znaczenia. 

Dzień to radosny, a przecież nie dla wszystkich. Jedna z najbliższych mi osób przeżywa największą tragedię, jaka  może spotkać mamę. Dla niej już zawsze ten dzień będzie dniem smutku. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie jej cierpienia, wciąż nie mogę uwierzyć, że to się wydarzyło.

Pewnie gdybym nie była w ciąży, przeżywałabym to inaczej, nie dotknęłoby mnie to tak bardzo. Dzisiaj pomyślałam sobie, że jeśli nasza córeczka szczęśliwie przybędzie na świat i będzie zdrowa, to wszystko inne też się jakoś ułoży. Nie sądziłam, że tak szybko zmieni się sposób mojego myślenia.

Wszystkim Mamom  życzę, by Wasze macierzyństwo było źródłem radości i siły.

 

W co wierzycie?

zona.oburzona

W przeznaczenie? W siłę wyższą? We wszechmocnego Stwórcę? Co lub kto rządzi naszym życiem?

Zazwyczaj nie umiem  odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. Dzisiaj z bólem przybliżam się do stwierdzenia, że tym władcą jest cholerny przypadek.

Gdyby nie on, bliscy mi ludzie żyliby dzisiaj jak dotąd, ciesząc się zwyczajną codziennością. Tymczasem świat zawalił im się w jednej  chwili, gdy ich dziecko miało tragiczny wypadek. Czuwają przy nim i czekają.

Paradoksalnie dzisiaj, gdy uwierzyłam  w przypadek, czekam na cud. Pomyślcie ciepło, a jeśli wolicie, pomódlcie się, by pewien maluszek dał radę i wyszarpał dla siebie życie. Bardzo Was o to proszę.

Półmetek

zona.oburzona

Tego w liceum, czy na studiach jakoś specjalnie nie świętowałam. Tendencja się utrzymała. Połowa mojego stanu też jakoś szczególnie mnie nie cieszy, choć ogólnie rzecz biorąc to naprawdę udany i ciekawy czas.

Doskwiera mi natomiast coraz więcej lęków. Nazywam to sobie brakiem merytorycznego przygotowania do ciąży. I do macierzyństwa, rzecz jasna. A oprócz tego martwię się, że nie dam rady, będę nadopiekuńcza i przemądrzała, odwali mi i stanę się nie do zniesienia. Że zamiast uroczego bobasa wychowamy sobie rozwydrzonego bachora. Że nagle zacznę pytać bezdzietnych znajomych "no to kiedy wy?"  i chwalić się naokoło, że moje dziecko jest najwspanialsze na świecie. I oczywiście dążyć do tego, że wszyscy naokoło  muszą się podporządkować moim planom. Bo przecież mam dziecko.

Z plusów z radością odnotowuję, że wreszcie po kilkunastu latach mogę sobie pozwolić na podkreślanie puchnących kształtów mojego ciała. A to i owo puchnie w szokującym tempie, na szczęście kosztem innych obszarów. Innymi słowy, gdzieniegdzie jakby schudłam. Najważniejsze, że czuję się kobieca i kwitnąca, jak nigdy dotąd.

Czuję, że czas wprowadzić zmiany. Pewne zachowania są zupełnie obce mojej naturze. Nie umiem odpuszczać, proszenie o pomoc jest dla mnie trudne. Wiecie, że gdy w pracy upadnie mi długopis, schylam się nawet, gdy obok stoi mężczyzna? Odruch taki. I jakoś tak niezbyt zgrabnie wychodzi mi korzystanie z przysługujących praw. Na szczęście dziewczyny w mojej ulubionej lodziarni na mój widok od razu wiedzą, co jest grane i nie muszę się tłumaczyć. Tylko potem z rumieńcem i spuszczonymi oczami przemykam wzdłuż kolejki, spodziewając się na twarzach klientów wyrazu złości i zazdrości.

Inspirator też czuje, że trzeba coś zmienić. Ostatnio podczas standardowej wieczornej sesji głaskania brzucha zadumał się nad etapem rozwojowym naszego potomka.

Mąż Inspirator: Myślisz, że trzeba mu* już zacząć czytać?
Żona Oburzona: No pewnie. Chyba już słyszy, albo niedługo zacznie. Jak masz ochotę, to możesz mu na głos czytać.
Mąż Inspirator: O, super! To mogę mu czytać "Grę o tron"?

*Nie, nadal nie wiemy, czy synek, czy córa. Ale już niedługo...

Bardzo miły dzień

zona.oburzona

Tego było mi trzeba. Dnia spędzanego bez pośpiechu, bez nerwowego odliczania, czy ze wszystkim zdążę. Wbrew pozorom bardzo  pracowitego, ale to miła krzątanina, a nie jakaś harówka, przerywana czytaniem i układaniem puzzli. W tej chwili zdążyłam już zabałaganić całą kuchnię, więc za chwilę będę ją doprowadzać do ładu. U mnie zawsze pieczenie i gotowanie oznacza rozgardiasz, mniej więcej taki, jak na poniższym zdjęciu. Tatuś mi to w genach przekazał.

20141204_204551Czas umila mi Polski Top Wszech Czasów w radiowej Trójce. To świetne ćwiczenie na pamięć. Okazuje się, że niemal wszystkie piosenki mogę radośnie i bez skrępowania wyśpiewywać. Nawet jeśli jakiegoś utworu nie lubię, to i tak słowa znam np. z kolonijnych dyskotek z czasów, gdy takie piosenki jeszcze się lubiło, choć kompletnie nie rozumiało. A Mąż Inspirator zawsze może dodać coś od siebie, zmodyfikować tekst i zawyć: Deeefeeeekowałem! Wiecie, w jakim utworze?

© mój mąż mnie wkurza...
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci