Menu

mój mąż mnie wkurza...

...bo-jak mawia moja ukochana Żonka Bronka-pochodzi od innej małpy. Zatem skończ jeść i nie pij, zawartość tego bloga grozi zakrztuszeniem.

Zaproszenie

zona.oburzona

Zapraszam wszystkich wyborców obecnie rządzącej partii na wycieczkę. 

Termin: dowolne niedzielne popołudnie
Miejsce: szpital w dużym mieście
Warunek uczestnictwa: aby skorzystać z zaproszenia, trzeba mieć np. 39 stopni gorączki i ból gardła;

Co można zobaczyć?

Ano tłum ludzi w kiepskim stanie fizycznym, a w wyniku długiego oczekiwania również w psychicznym. Tłum czeka przed dwoma gabinetami. W jednym przyjmuje internista, w drugim pediatra.

  • Absurd pierwszy 
    Pediatra przyjmuje tylko dzieci. Ewentualnie kogoś z infekcją. Innych nie bierze, bo się nie zna - zrozumiałe. Internista przyjmuje dorosłych, a jeśli nie ma pediatry - co wcale nie jest rzadkim przypadkiem - wszystkich jak leci. Czyli będzie się znał na niemowlętach?
  • Absurd drugi
    Pani z ciśnieniem powyżej 200 (pogotowie nie przyjedzie) i pan słaniający się z powodu bólu brzucha czekają razem ze wszystkimi dokładnie w tej samej kolejce. SOR przekazuje ich właśnie do internisty. Ten w trakcie wizyty - jakieś 3 godziny po tym, jak pacjenci zgłosili się do rejestracji - każe załadować i panią, i pana na wózek, zawieźć na SOR, bo potrzebne są pilne dodatkowe badania i przyjęcie na oddział. 

Kolejna dobra zmiana. Komu przeszkadzały punkty nocnej i świątecznej pomocy zlokalizowane w przychodniach?

Dobry argument

zona.oburzona

Był taki czas, że nie lubiłam czytać opowiadań. Nie bardzo rozumiałam tej formy literackiej. A może w pamięci zbyt żywe było wspomnienie katorgi z podstawówki w postaci Antków i kamizelek? Kto wie... 

I właściwie przez długie lata trwałam w przekonaniu, że opowiadania nie są dla mnie. Że muszę mieć powieść obszerną, wyczerpującą i koniecznie z licznymi dialogami. Że opowiadanie może pozostawić mnie w poczuciu ogromnego niedosytu informacji o bohaterach i ich losach. Nie ceniłam też zbiorów opowiadań napisanych przez różnych autorów. Wydawało mi się, że takie tworzenie na zamówienie, niekiedy na zadany temat, nie może być w żaden sposób atrakcyjne, ani dobrej jakości.

Ale jeśli się ma jakieś poglądy lub opinie, to przecież bardzo fajnie jest je zmienić. Trzeba tylko trafić na dobry ku temu argument.

I teraz Wam właśnie o takim argumencie napiszę. 

Bliższe jest mi macierzyństwo, ale ojcostwa wcale nie lekceważę, przecież na moje dziecko ogromny wpływ ma relacja z drugim rodzicem. Mam córkę, nie syna, więc raczej dotyczą nas skomplikowane więzi matczyno - córczane, jednak w każdej relacji występują kwestie uniwersalne. Dlatego moją uwagę przykuł tom opowiadań pod tytułem Ojciec.*

ojciec

Pierwsze opowiadanie mnie rozbawiło i wzruszyło. W trakcie lektury drugiego popłakałam się jak bóbr... I wsiąkłam w tę książkę, przeczytawszy ją w ciągu jednego dnia. Choć najpierw pomyślałam, że te dwa opowiadania powinny zwieńczyć książkę, to jednak nie byłby to chyba dobry wybór. Nie podeszło mi ostatnie w tomie opowiadanie Jacka Dukaja, a gdyby ono rozpoczynało tom, mogłabym jednak nie dociągnąć do końca. Coś mi w nim nie pasowało.

Jakie historie w tej książce dostajemy? 

Tom mógłby się z powodzeniem nazywać Ojciec polski. W opowiadaniach przewija się historia naszego kraju i jego mieszkańców, wywodzących się z różnych kultur, a losy bohaterów są skomplikowane z uwagi na wojenne zawieruchy. Jak w opowiadanie Pat Wojciecha Engelkinga, niesamowitej historii o przeznaczeniu, przed którym nie uciekniemy nawet na drugi koniec świata, czy w inną tożsamość. Nawiasem mówiąc, pomyślałam, że Pat mógł być też tytułem całego tomu. Sami popatrzcie na ten cytat:

Nie da się nie być ojcem dziecka, które już się urodziło, nawet gdy się go nie chce. Nie można sobie wybrać, że się odtąd nie będzie jego ojcem. To jest prawdziwy pat.

Pat oraz otwierające tom Żaglowce i samoloty Jakuba Małeckiego  to formy doskonałe. O dziwo, niczego mi w nich nie brakowało. Dość dialogów - wystarczyły sporadyczne wypowiedzi, celnie podkreślające charakter postaci. Dość historii z życia - wszystko, co istotne, zostało przytoczone, reszta to pewnie bla bla bla dotyczące czynności typu wsiadam do tramwaju i kładę się spać w piżamie.

A co mnie tak poruszyło, że pojawiły się łzy? List  Wita Szostaka - słowa ojca nieobecnego już w życiu syna, a w nim odkrywanie słabości, bolesnych wspomnień, które tak wpłynęły na relację z dzieckiem. Gdzie leży przyczyna samotności ojca? W tym, co się wydarzyło? Czy w tym, jaki mechanizm obronny przyjął? Czemu tak zareagowałam na opowieść, w której nie było np. przemocy? Niech to pytanie pozostanie bez odpowiedzi i zachęci Was do lektury.

W książce dostajecie jeszcze intrygującą opowieść Domek Michała Witkowskiego o dusznych relacjach rodzinnych. Choć autor dodał w postscriptum, że mimo podobieństwa, to jednak nie jest opowiadanie autobiograficzne, trudno się nie zastanawiać, co z tego jest prawdą, co jest podkoloryzowane, a co stanowi całkowitą fikcję. Dodam, że choć wizerunek autora-celebryty skutecznie mnie niegdyś zniechęcił do jego książek, to opowiadanie może stać się pretekstem, by wreszcie sięgnąć choćby po Lubiewo.

Możecie też przejść się na spacer po Sanoku razem z Ziemowitem Szczerkiem. W Mieście mojego ojca syn próbuje go zrozumieć, sięgając do historii miasta i wpływu, jaki miało na mieszkańców. Michał Cichy w Miejscu przy kuchence pisze o śmierci ojca, sprawie ostatecznej, która wcale ostateczną nie jest, bo żadne zerwanie relacji z ojcem nie będzie stanowić jej końca. To samo wybrzmiewa u Jakuba Małeckiego, czy u Łukasza Orbitowskiego w opowiadaniu Tygrys. W tym ostatnim pojawia się też inny ważny wątek przewijający się przez opowiadania: to, jaki wpływ na syna mają relacje ojca z jego matką. 

To kawał dobrej literatury współczesnych polskich pisarzy (dlaczego zabrakło Jacka Dehnela?), pisarstwo świetnej klasy. Wciągające historie z pełnokrwistymi postaciami, osadzone w dobrze nam znanym kontekście społeczno-politycznym. Polecam - nie tylko ojcom. 

 

*Książkę otrzymałam w prezencie do recenzji, jednak chciałam Was upewnić w przekonaniu, że mój wpis jest szczery, chociaż zawiera lokowanie produktu.

Co mnie tu dzisiaj przygnało

zona.oburzona

Dało się zauważyć, że byle co mnie do pisania nie sprowokuje. Każdy temat wydawał się mało istotny lub blakł w ciągu kilku dni, podczas których nie mogłam się zebrać. A tu proszę: minutę temu przeczytałam coś i już od razu tu jestem! Pewnie ma znaczenie fakt, że leżę porządnie chora, ale przecież jeszcze pół godziny temu ból głowy i gardła zniechęcał mnie nawet do obejrzenia filmu.

Wiele rzeczy jest dla mnie ważnych w wychowywaniu Córkonii. Część z nich wynika z chęci uczynienia jej dzieciństwa lepszym w stosunku do naszego. Nie jesteśmy z patologicznych rodzin, ale w tych zwyczajnych znajdzie się mnóstwo do poprawienia w zakresie komunikacji na przykład.  Pewnie przyjdzie taki moment, a może nadszedł już,  że przegniemy w drugą stronę. Córkonia też będzie miała co poprawiać...

Wracając do tematu. Są też inne kwestie, które wynikają już z naszych wartości i priorytetów. 

Oboje pracujemy, zajmujemy się odpowiedzialnymi rzeczami.  Jesteśmy jakoś wykształceni, samodzielni. Nie nazwałabym niestety naszego małżeństwa partnerskim (w końcu z czegoś wynika nazwa tego bloga...), ale Inspirator umie gotować i myje podłogę,  a ja zmienię zepsute koło w wózku, skręcę meble i pomaluję ściany. Mam też znacznie lepszą orientację w terenie, a Inspirator bywa nadwrażliwy. Zabawki Córkonii są bardzo różne, może trzy są różowe.  Ma lalkę i autka, zestaw do gotowania i narzędzia, zabawkowy odkurzacz i łódź podwodną. Nosi ciuszki i po dziewczynkach, i po chłopcach, a nowe często kupuję jej chłopięce, bo bywają po prostu ładniejsze. Gdy chce się bawić rzeczami, które zabawkami nie są (wiadomo, takie najlepsze), to raz dostaje koraliki, a raz metalowe podkładki. Wydaje się,  że otrzymuje jasny przekaz, że wszystko jest dla niej. A raczej nie otrzymuje przekazu, że coś się dla niej nie nadaje, bo jest dziewczynką.

Ale to nie wystarczy. Oprócz sygnałów i powtarzania, że może wszystko, powinna usłyszeć,  że nie może wierzyć tym, którzy myślą inaczej. A ja powinnam ją nauczyć rozpoznawać tych ktosiów, zwłaszcza tych, którzy działają podstępnie.  Przyjdzie taki moment, w którym powinna sama zrozumieć,  że ma do czynienia ze szkodliwą propagandą, sugerującą, że jej zadaniem jest pranie, sprzątanie i gotowanie. No i rodzenie dzieci -może w pierwszej kolejności właśnie to powinnam wymienić.  A chłopcy to wiadomo: nauka, technika, kosmos i odkrycia. Jakże szkodliwe to i dla chłopców,  którzy np. lubią gotować. 

Pierwszy taki sprawdzian może ją spotkać bardzo szybko. Teraz mają go dzieci w piątej klasie. Chłopiec jest jak Kolumb,  a dziewczynka wiadomo: do garów. Koniecznie z mamusią. Bo sama to nawet nie umie wyszukać informacji. Co innego jej kolega - ten samodzielnie zaplanuje zdobywanie Ameryki! 

Czy naprawdę autorce (sic!) nie przyszło do głowy przeznaczyć obu zadań dla wszystkich?  Albo dać wybór każdemu dziecku? Czy naprawdę nikt nie widział ogromnej dysproporcji w skali trudności tych ćwiczeń?

Jestem bardzo ciekawa, co z tym idiotyzmem robią nauczyciele. I nauczycielki. Ktoś coś wie? Halo, rodzice piątoklasistów, macie jakieś doświadczenia?

Czas zamówić dla Córkonii Kosmonautkę Piotra Wawrzeniuka

To smutne, że taką książkę napisał mężczyzna. A to zadanie - kobieta.

...bo porównuje

zona.oburzona

Przyszedł czas na wakacje. Zdecydowaliśmy się zainwestować, by inwestycja się zwróciła - wybraliśmy wakacje pod namiotem. To przemyślana decyzja bazująca na przekonaniu, że namiot będzie frajdą dla dwulatki (uff, mieliśmy rację, Córkonia nas nie zawiodła). Aby nie były to wakacje dla ludzi o mocnych nerwach (chociaż jak czas pokazał, suspensu na wyjeździe nie zabrakło, ale o tym kiedy indziej), wybraliśmy rejon na ogół gorący z dostępem do ciepłego morza. 

Kempingi w takich miejscach są różne. Pierwszy, do którego trafiliśmy, był po prostu kempingiem i nie aspirował do bycia czymś więcej. Spokojny, kameralny, z przyjemną atmosferą, dziką plażą. Później okoliczności zmusiły nas do wybrania czegoś w zupełnie innym (nie naszym niestety) stylu. To coś trudno nawet nazwać kempingiem, oficjalnie jest to holiday village. Jest tu wszystko: sklepy, bary, restauracje, baseny, boiska, mnóstwo różnych atrakcji, imprezy. A przede wszystkim jest to olbrzymie. 

Idąc od sklepu do naszego namiotu, możemy naprawdę długo rozmawiać i się zmęczyć.

Mąż Inspirator: Wiesz, tu jest zupełnie jak na cmentarzu.
Żona Oburzona: ???
Mąż Inspirator: Też są alejki, parcele, numery pól. I nawet atmosfera podobna.

Prawie ze wszystkim mogłabym się zgodzić. Co prawda na największym cmentarzu w naszym mieście 1 listopada można trafić na solidną nasiadówkę przy grobach romskich (szczerze mówiąc, zawsze bardziej podobało mi się właśnie takie świętowanie tego dnia), ale to nic w porównaniu z tym, co się dzieje w naszej wakacyjnej wiosce teraz: z jednej strony dyskoteka, z drugiej impreza na młodzieżowym obozie, z trzeciej pokaz taneczny. 

Zamiast się cieszyć atrakcjami, zwłaszcza tymi darmowymi, my tęsknimy za poprzednim kempingiem, na którym poza malutkim sklepem i taką sobie restauracją, nie było nic...

Po długim czasie... nowa scena

zona.oburzona

Była taka i taka. A dzisiaj?

Jechałam tramwajem, takim nowoczesnym. Na środku wagonu po jednej stronie rząd krzeseł, po drugiej stronie miejsce na bagaże, w zatłoczonym pojeździe robiło za ławę. Siedział tam ojciec z mniej więcej trzyletnim synkiem, obok inny pasażer. Chłopczyk przytulał się do swojego taty, trochę się kręcił. W pewnym momencie pasażer zaczął zaczepiać chłopca.

A to zrobił głupią minę. A to połaskotał. A to podszczypywał. Łapał za stópki. Chłopczyk jakoś się nie zachwycił. Wykręcał się, co jakiś czas wystawiał w kierunku faceta język. Wtulał się w tatę, odwracając od pasażera głowę.

Pasażerowi chyba się nudziło, bo dopóki nie wysiadł, zaczepiał chłopca mimo jego oporu. Ojciec zdobył się jedynie na skarcenie syna za wystawianie języka, chociaż widziałam, że czuł się nieswojo.

Domyślam się, że to nie jest łatwe. W naszej głowie zatłoczony tramwaj  to zbiorowisko oceniających spojrzeń i nieprzychylnych komentarzy. Trzeba mieć siłę, żeby być asertywnym, nawet jeśli zupełnie się nie zna upierdliwego współpasażera, który zaczepia nasze dziecko.

Dlatego zaczynam trenować taką wypowiedź:

Proszę Pana/Pani, mojej córce nie podoba się, że ją Pan/Pani zaczepia. Proszę przestać. 

 

 

© mój mąż mnie wkurza...
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci