Menu

mój mąż mnie wkurza...

...bo-jak mawia moja ukochana Żonka Bronka-pochodzi od innej małpy. Zatem skończ jeść i nie pij, zawartość tego bloga grozi zakrztuszeniem.

Wpisy otagowane : dzieci

Kiedy 1+1 jest mniejsze niż 2

zona.oburzona

O ciążowym roztargnieniu można znaleźć informacje w internecie na stronach dla przyszłych matek, w poradnikach dotyczących ciąży.  Można też porozmawiać z pierwszą lepszą ciężarną lub kobietą, która ciążę ma za sobą. Wiele ciekawych przykładów mogą dostarczyć partnerzy ciężarówek. Och, Inspirator mógłby długo zabawiać Was rozmową na ten temat!

Nie do końca jasny jest dla mnie mechanizm, który sprawia, że mając obecnie dwa mózgi, funkcjonuję tak, jakbym cierpiała na deficyt szarych komórek. Jak zwykle poradniki wyjaśniają to zmianami  hormonalnymi, co znaczy dla mnie wszystko i nic. Pewnie nie przejmowałabym się tym tak bardzo, gdyby nie fakt, że bywa to zwyczajnie uciążliwe. Straciłam już tyle swoich mocy! Doskonałej pamięci i świetnej orientacji w terenie żałuję najbardziej.

Szokuję znajomych tym, że nie potrafię szybko i sprawnie przewieźć ich z punktu A do punktu B we własnym mieście, choć dotąd specjalizowałam się w docieraniu bez GPSa do ukrytych przed światem wiosek w Wielkopolsce. Zadziwiam Inspiratora zgubieniem mrożonki, która odnajduje się w szafce z lekami. Zapominam słów, z zakupów nie przywożę najpotrzebniejszych rzeczy. A jedną  z najczęściej powtarzanych przeze mnie fraz jest nie pomyślałam o tym.

Ale za to wzrosła mi  zdecydowanie zdolność rozśmieszania ludzi i to jest jakiś plus.

Niedawno mieliśmy przemiłych gości w ilości sztuk trzech: mamę z dwójką dzieci. Jedną z przewidzianych atrakcji było zwiedzanie wrocławskiego ZOO. A tam wiadomo - na każdym kroku zwierzę, co rusz inne, bardziej nieznane i urocze, prowokujące do zachwytów i pytań.

Przy klatce z kolorowym biało-czarno-rudym futrzakiem z puszystym ogonem:

Dzieci: Oooo, a co to jest?
Żona Oburzona: A to jest... to jest... jakiś rodzaj zwierząt.

I wybuch śmiechu spowodowałam, no ale sami powiedzcie, czy nie miałam racji? Przecież w ZOO są same rodzaje zwierząt i to w bardzo dużej ilości, prawda?

Niniejszym dziękuję gościom za przemiłą wizytę :)

 

 

...bo planuje córce przyszłość

zona.oburzona

Bycie rodzicem to niełatwa sprawa. Na tyle rzeczy trzeba uważać, o tylu rzeczach trzeba myśleć. Naturalną tendencją jest myślenie o tym, jakie to dziecko będzie. Jak je wychować, jak stymulować, jak zapewnić szczęśliwe dzieciństwo i radosną przyszłość. Oczywiście myśli się o tym, czego samemu się nie zrobiło i czego się żałuje. Ale nie tędy droga, prawda? Dziecko musi być przede wszystkim sobą. Jak to zrobić, by dziecko miało szanse rozwijać pasje i zainteresowania? A nie podejmować jednak wyborów za małego człowieka?

Inspirator roztacza różne wizje. Fortepian, skrzypce (chyba nie wie, co mówi), tenis,  karate. To tylko próbka. Ja oczywiście też bym sobie czegoś życzyła. Żeby kochała czytanie tak, jak ja. I uprawiała jakiś sport tak, jak nie ja. Ale nade wszystko bym chciała, żeby swoje pasje znalazła sama, a nie była do dodatkowych zajęć zmuszana. Jakieś pomysły, jak to zrobić, by czegoś nie przegapić?

Mąż Inspirator: Kochanie, a nie chciałabyś, żeby nasza córka uprawiała gimnastykę artystyczną?
Żona Oburzona: Przede wszystkim bym chciała, żeby zajmowała się czymś, co lubi i co będzie dla niej ważne.
Mąż Inspirator: A jak będzie ćpunką? Bo będzie to lubiła i będzie to dla niej ważne?

Wspólny mianownik*

zona.oburzona

Co pamiętamy z lat dziecinnych? W pierwszej kolejności do głowy przychodzą mi:

  1. Trudne przeżycia, małe i większe nieszczęścia: śmierć kogoś bliskiego, pobyt w szpitalu, szeroko rozumiany ból, jakiego się zaznało;
  2. Radosne chwile: pamiętne Święta, gdy Gwiazdor był bardzo hojny, a rodzice szczególnie zadbali o atmosferę, beztroskie wakacje u rodziny na drugim końcu Polski, pomysłowe zabawy z ulubionym kuzynem;
  3. Wydarzenia i sytuacje, które czegoś małego człowieka nauczyły, ukształtowały jego preferencje lub pozostawiły na zawsze konkretne reakcje;

Zmiana i rozwój wiążą się z wyjściem poza strefę komfortu - to jedna z moich ulubionych teorii, przywołuję ją na prowadzonych szkoleniach i w rozmowach ze znajomymi. Często w okrojonym zakresie. Akcentuję to, co niegdyś najbardziej mi się w niej spodobało: uczymy się, zmieniamy, idziemy do przodu wtedy, gdy odczuwamy napięcie, lęk i niepewność. Jeżeli tych trudnych emocji nie ma, to znaczy, że to nie jest nowa sytuacja.

Myślę, że kilka wpojonych mi w dzieciństwie zasad pamiętam bardzo dokładnie właśnie dlatego, że okoliczności, w których ich się uczyłam, wzbudzały różne silne emocje. Podobnie jest ze źródłami tego, co lubię, a czego nie. Oto subiektywny przegląd nauk zawdzięczanych ukochanemu Dziadkowi, który przez jakiś czas był dla mnie świetnym opiekunem, choć nie obyło się bez wpadek. Musiało się to wszystko wydarzyć w pierwszych pięciu latach mojego życia. Dziadek niestety zbyt wcześnie nas opuścił.

Uwielbiam pić gorące napoje w kubkach. Szklanki - rzadko, bo rzadko, ale jednak jeszcze spotykane - od lat działają mi na nerwy. Trzydzieści lat temu to szklanka była podstawowym naczyniem, z którego się piło. Również i kilkulatce Dziadek podawał herbatkę w szklance. Efekt? Znaczne uszczuplenie zastawy: na koncie mam jakieś 3 pogryzione szklanki. Pamiętam, jak Dziadek zasiadał przy stole i cierpliwie za pomocą pęsety składał kawałki szkła, by upewnić się, że wnuczka żadnego kawałeczka nie połknęła. Do dziś dźwięk zębów uderzających o brzeg szklanki wywołuje we mnie nieprzyjemny dreszcz...

Z tego, co opowiadają dorośli o swoich wyczynach z dzieciństwa i pomysłach swoich pociech, wnioskuję, że dzieci żywo interesują się różnymi otworami w swoim ciele i ich możliwościami (jakkolwiek to brzmi). I mnie to nie ominęło. Dziadek często dawał mi do zabawy monety. Lubiłam kłaść na nich kartkę papieru i mocno zaczerniając ołówkiem, odwzorowywać orła i reszkę. Kiedyś coś strzeliło mi do głowy i postanowiłam jedną z nich włożyć sobie do nosa. Musiała to być chyba dziesięciogroszówka, te chyba były najmniejsze. Na szczęście na tyle duże, że daleko tej monety nie wepchnęłam. Znów w ruch poszły cierpliwe ręce Dziadka i pęseta. Nie pamiętam, co Dziadek powiedział, było to jednak na tyle znaczące, że więcej takich eksperymentów już nie robiłam.

W dzieciństwie emocje wzbudzał telefon, wtedy oczywiście tylko w stacjonarnym wydaniu. Ciągnęło mnie do odbierania, rozmawiania i dzwonienia. Nie pozwalano mi na to, za to ja sama pozwalałam... Raz Dziadek pozwolił mi wybrać dowolny numer i zadzwonić. Nie mam pojęcia, jak to się stało, że nie zadzwoniłam do Honolulu, że dodzwoniłam się gdziekolwiek, może Dziadek czuwał i podsuwał w jakiś sposób cyfry? W każdym bądź razie pani, do której zadzwoniłam uprzejmie, miło, acz bardzo stanowczo upomniała mnie, że telefon nie służy do zabawy. Nie było to przyjemne... Jakie dziecko lubi być upominane? Dziadek dołożył do tego kilka swoich słów i od tamtej pory telefon przestał być dla mnie atrakcją. Co więcej nigdy potem nie robiłam żadnych telefonicznych dowcipów.

Do głowy przychodzą mi oczywiście różne inne sytuacje: kiedy pierwszy raz okłamałam rodziców, spóźniłam się do domu, zgubiłam cenną rzecz. Te pierwsze zasady były jednak dużo prostsze i stanowiły fundament. Na naukę etyki i zasad współżycia społecznego przyszedł czas później, Dziadka niestety już wtedy zabrakło...


*Skąd ten tytuł? Część z Was na pewno w trakcie lektury zorientowała się, że wpis ma drugie dno i wiąże się z pomysłem Fidrygauki. Co ja się namęczyłam, żeby ten wspólny mianownik trzech przedmiotów znaleźć! Olśniło mnie dzisiaj w nocy. Coś mnie obudziło, silny wiatr nie pozwolił zasnąć... I oto jest, choć już myślałam, że będę musiała się poddać. Zdopingowała mnie myśl, że brak wpisu oznaczałby zwycięstwo Kominka, a to już było nie do pomyślenia!

Na poważnie

zona.oburzona

Dzisiaj w mediach pojawiły się nowe informacje o bezimiennym chłopczyku z Cieszyna. Ta sprawa swojego czasu bardzo mnie zasmuciła i zbulwersowała. Pamiętam, że rozpłakałam się, gdy oglądałam jakiś reportaż na ten temat. Teraz z informacji w mediach wynika, że w tragicznej historii mroczną rolę odegrali najbliżsi. Rzecz potworna i niezrozumiała.

Podejrzewam, że nie tylko mi ta sprawa kojarzy się z najbardziej medialną tragedią ostatnich miesięcy. Obawiam się, czy teraz nie zacznie się znowu to samo. Jak sądzę, dziennikarzyny z mojej ulubionej "gazety" już mają opuchnięte opuszki palców od klepania nimi w klawiaturę.

Mnóstwo mam pytań, wątpliwości i refleksji. Nie chcę o nich pisać, by niechcący nie uczestniczyć w kolejnym ponurym spektaklu... Chciałam tylko podzielić się z Wami tym, co mną wstrząsnęło.

1 czerwca robiłam zakupy. Koło mnie jakaś kobieta nakrzyczała na dziecko. Przemogłam się i zwróciłam uwagę. Nie wiem, czy w jakimkolwiek stopniu zmieniłam życie dziecka wyraźnie złamanego werbalną agresją. Ale to jedyne co mogę robić, by dzieci nie cierpiały.

© mój mąż mnie wkurza...
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci