Menu

mój mąż mnie wkurza...

...bo-jak mawia moja ukochana Żonka Bronka-pochodzi od innej małpy. Zatem skończ jeść i nie pij, zawartość tego bloga grozi zakrztuszeniem.

Wpisy otagowane : Pech

...bo wydepilował sobie łydkę

zona.oburzona

No, szykujcie się na prawdziwy hit. Inspirator jest nawet z siebie dumny, sam dzisiaj zadzwonił do mnie i oznajmił: no to będziesz miała temat na wpis... Ja popłakałam się ze śmiechu.

Skończyły nam się wkłady do urządzenia przeganiającego komary i inne owady. Przypominamy sobie o tym wieczorami, gdy towarzyszy nam złowrogie bzyczenie, a zapominamy tuż po wyjściu rano z domu. W efekcie jesteśmy pogryzieni, Inspirator nieco bardziej niż ja.

Wczoraj Mąż wybitnie marudził, że bąble i swędzi. Przypomniałam sobie, że niedawno kupiłam żel łagodzący skutki ugryzień. Było już późno i mieliśmy pogaszone światła, gdy wysłałam Inspiratora do drugiego pokoju, by posmarował sobie najbardziej pogryzione nogi.

Rano okazało się, że w tubce, która pierwsza znalazła się w zasięgu wzroku Inspiratora i której zawartością pokrył skórę na łydkach, znajduje się nie żel na ugryzienia, ale (wyobraźcie sobie teraz odgłos werbli, zapowiadający finał) używany przeze mnie do wyrobu biżuterii klej jubilerski...

...bo jest złośliwy

zona.oburzona

Raz na jakiś czas mam perfekcyjnie zaplanowany dzień w pracy. Harmonogram zazwyczaj uwzględnia wykonanie odkładanego od dłuższego czasu trudnego zadania, uporządkowanie sterty papierów, których niby nikt nie potrzebuje, a jednak lepiej mieć je poukładane, przerwę na obiad oraz (to chyba najważniejsze) odebranie przynajmniej dwóch nadgodzin.

Tego dnia wszystko szło zgodnie z planem przez jakąś godzinę. Po tym czasie zatrzasnęłam sobie drzwi do mojego biura, pozostawiając w środku nie tylko wszystkie osobiste rzeczy (wiecie, jak zaczyna brakować telefonu, gdy się wie, że nie może się go wziąć do ręki?), ale również przedmioty niezbędne do realizacji założonego harmonogramu: laptop, segregatory z dokumentami... No i najważniejszy przedmiot. Zgadniecie? Tak, na biurku leżał klucz do pokoju.

Błyskawicznie wezwany opiekujący się budynkiem pan złota rączka był tak uprzejmy, że zamiast po obiecanym kwadransie przybył po trzech. Na wejściu wyraził ubolewanie, że nie mam klucza, bo bez klucza nie da się przecież wejść. Zastanawiam się do dzisiaj, czy ów pan założył, że przyjeżdża z pomocą, bo jakaś wariatka nie umie kluczem drzwi otworzyć? Postraszył trochę wizją piłowania zamka, co absolutnie nie mogło się odbyć w tym samym dniu, bo przecież dzisiaj nie mam narzędzi, bo trzeba się przygotować. Po czym przyłożył do drzwi jakieś dłutko, czy większy pilnik i zamek odskoczył. Kamień z serca.

Zreferowałam Inspiratorowi tę mrożącą krew w żyłach historię. I co on na to? To masz o czym pisać na blogu i wreszcie nie będzie o mnie. I z satysfakcją zarechotał. No to ma. Niby wpis nie o nim, a ja przewrotna kobieta i tak sprowadziłam anegdotkę do jego złośliwości. A moim faworytem w tej historii i tak jest pan Niedaś, któremu jednak bardzo prosto udało się zrobić coś, by mi pomóc.

Wynalazki i katastrofy

zona.oburzona

Mąż Inspirator potrafi gotować, aczkolwiek nie robi tego zbyt często. W kuchni musi mieć wyzwania, dlatego np. wczoraj wymyślił sobie, że upiecze chleb. Na szczęście gotować lubię ja, więc na co dzień mamy co jeść. Mąż jednak w kuchni jest bardzo potrzebny. Przydaje mi się jego kreatywność, piszę to na poważnie, bez ściemy. Inspirator jest autorem między innymi następujących rozwiązań:

  • znanej Wam już metody dzielenia mrożonek,
  • sposobu na zabezpieczenie wysokiego tortu przed włożeniem do lodówki - robi mi konstrukcję ze specjalnie przez niego łamanych patyczków do szaszłyków wbijanych w tort; na tej konstrukcji opiera się folia aluminiowa, w którą tort owijam,
  • konstrukcji, dzięki której serwatka skutecznie wycieka z paschy, wykorzystuje do tego suszarkę do sałaty, trzy klamerki do prania, talerzyk i kamień;

Inspirator pomaga mi też przekrawać oporne biszkopty, przenosić nieporęczne dania. I tylko czasem coś mu się nie udaje.

Tegoroczne przygotowania do Świąt przebiegły sprawnie, choć nie bez zakłóceń.

Niemal masowa produkcja spodów do mazurków to proces wymagający uwagi. W jednym momencie mi jej zabrakło i niestety kruche ciasto przełamało się, a jakaś 1/3 wylądowała na podłodze. Większą część udało się uratować, ale stracony został ciastowy wałeczek, którego funkcją jest utrzymanie masy. Mąż zatem po raz kolejny wykazał się sprytem i użył folii aluminiowej do zabezpieczenia mazurka.

Inna mała katastrofa wydarzyła się podczas przygotowywania paschy. Otworzyłam wiaderko z twarogiem sernikowym, chciałam go odsączyć. Zamiast wyłożyć ser na sito, po prostu przechyliłam wiaderko... i wtedy cały twaróg w pięknym zbitym kawałku zrobił chlup!, wpadając do stojącej w zlewie miski z wodą. Ma się jednak ten refleks, ser szybciutko wyłowiłam, opłukałam i mogliśmy się dzisiaj objadać pyszną paschą.

Ale najciekawsza katastrofa zdarzyła się Inspiratorowi. Wycierał kurze na półkach, stojąc na krześle. I kiedy z niego schodził, stanął jedną nogą w stojącym obok krzesła wiadrze z wodą...

...bo papier się rwie

zona.oburzona

Naszło mnie na zrobienie pizzy dla gości. Wybrałam tym razem cienkie ciasto, zazwyczaj decydowałam się na pulchne i wysokie, w którym tonęła masa dodatków. Jedną blaszkę pałaszowaliśmy, reszta siedziała jeszcze w piekarniku. Do przyniesienia kolejnej porcji oddelegował się Mąż Inspirator, zapewne uważając, że się poparzę.

Pizzę ułożyłam na papierze do pieczenia. Mąż uznał, że chwyci za papier i przeniesie ją na stół. Papier nie wytrzymał, pizza wylądowała na podłodze. Oczywiście spodem do góry...

Już kiedyś coś podobnego widziałam...

Małe dramaty

zona.oburzona

Pamiętacie tę opowieść? Wczoraj na szczęście wydarzyła mi się jedna katastrofa, ale za to jaka...

Postanowiłam umyć lodówkę. Tak, tak, Berberysie, Mąż Inspirator nie dał się podpuścić i sam tego nie zrobił. W jakiś sposób tłumaczy go to, że ostatnio wpada jak tajfun do domu na weekend, w związku z tym właściwe testy zamierzam przełożyć do następnego usyfienia lodówki.

Wyciągnęłam wszystkie pudełka, pudełeczka, puszki, słoiki i paczuszki. Z bólem serca niestety część musiałam wywalić. Do najciekawszych eksponatów należało spleśniałe jabłko Męża Inspiratora (wierzcie mi, tak spleśniałego jabłka jeszcze nie widzieliście) i dżem, który nie zmieścił się w jakimś cieście, a teraz z powodzeniem mógłby zastąpić drinka.

Podczas wyciągania, ustawiania na kuchennym blacie, a następnie wkładania z powrotem, na podłogę spadł mi duży słoik z oliwą po suszonych pomidorach. I tyle z niego zostało.

małe dramaty

Na pewno podobnie jak ja uwielbiacie myć podłogę zalaną tłuszczem...

© mój mąż mnie wkurza...
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci