Menu

mój mąż mnie wkurza...

...bo-jak mawia moja ukochana Żonka Bronka-pochodzi od innej małpy. Zatem skończ jeść i nie pij, zawartość tego bloga grozi zakrztuszeniem.

Wpisy otagowane : klotnia

...bo mi zrobił awanturę

zona.oburzona

Mąż Inspirator nadal kursuje między domem a miastem, w którym realizuje pewien kontrakt. Zostawia więc w domu swoje kwiatki, doprawdy nie wiem dlaczego, ostatecznie skoro jest z nimi tak związany, mógłby je zabierać ze sobą. Zwłaszcza swoją paprotkę. Nie wiem, czy pamiętacie, ale ja kwiatkami się nie zajmuję, bo nie umiem i nie lubię. Niestety nawet podlewanie przekracza moje umiejętności. Nie dlatego, że nie potrafię podnieść konewki, napełnić wodą i przechylić pod odpowiednim kątem, ale dlatego, że ja po prostu o tym nie pamiętam. Nie znajduje się to w kręgu moich zainteresowań. Mój wewnętrzny terminarz przypomina mi o umyciu naczyń, prasowaniu na zapas, zjedzeniu kolacji i zapłaceniu rachunków, o kwiatkach natomiast milczy.

No i się doigrałam. Mąż Inspirator wrócił i spostrzegł po 12 godzinach bytności w domu, że część kwiatków uschła.

Awantura przyjemna nie była. Wiem, że zrobiłam źle. Prosiłam jednak, by Mąż mi o tych kwiatkach przypominał np. podczas rozmowy telefonicznej: jestem w domu, on dzwoni i mówi: słuchaj, podlej teraz kwiatki, a ja biorę konewkę i podczas tej konwersacji podlewam. Zwłaszcza, że ostatnio mam co robić w pracy, a w domu też muszę myśleć za dwoje o różnych sprawach. A skoro nigdy o tych kwiatkach nie pamiętałam, to tym bardziej teraz jest mi z tym trudno. Cóż, nie umiem dźwignąć tej odpowiedzialności.

...bo tak?

zona.oburzona

Bodajże w Przystanku Alaska jedna z bohaterek uznała, że kobieta jest przed, po albo w trakcie. Znacie też na pewno dowcip przywołany przeze mnie w tytule:

-Kochanie, dlaczego gotujesz ziemniaki w trzech garnkach?
-Bo tak!

Opowiem Wam drugi w podobnym tonie.

Mąż wraca do domu i wita się z żoną.

-Dobry Wieczór Kochanie!
-Nie będziesz mi mówił, czy jest dobry, czy nie!

Tekst z Przystanku Alaska przywołuję bardzo często pół żartem, pół serio. Dowcipy mnie śmieszą. Ale...

Wczoraj Mój Mąż raczył się ze mną pokłócić. Dla lepszego zrozumienia kontekstu sytuacji przypomnijcie sobie ten wpis.

Mój Mąż wciąż daleko. Zadzwoniłam do niego około 9 rano, chciałam dowiedzieć się, kiedy mogę się go spodziewać. Nie odebrał. Uznałam, że pewnie jest zajęty i cierpliwie czekałam aż oddzwoni. Około godziny 15 zorientowałam się, że czekam już 6 godzin. Napisałam więc smsa: czy wszystko w porządku? Brak odpowiedzi. Napisałam więc: martwię się, chyba napisanie krótkiej wiadomości nie sprawiłoby żadnego kłopotu? Zadzwonił zdziwiony, że coś jest nie tak. Od słowa do słowa... i mieliśmy małą awanturę.

Nie wymagam, żeby dzwonił co godzinę. Wystarczy napisać smsa, żeby podtrzymać kontakt. I wiem, że mógł to zrobić, bo nie był wcale aż tak bardzo zajęty, sam mi to powiedział.

Wiecie, czasy bez komórek były pod pewnymi względami lepsze. Nie było wiadomości, bo nie było możliwości ich przekazania. A skoro teraz te możliwości mamy, to przyzwyczailiśmy się, że brak informacji oznacza złą wiadomość. A kiedyś było wręcz przeciwnie.

Byłabym zapomniała, pewnie się zastanawiacie, jaki ma to związek z początkiem wpisu?

Otóż wieczorem Mój Mąż zadzwonił, pogawędziliśmy sobie. Zapytał się, jak się czuję, bo wyczuł, że chyba zmęczona jestem. Powiedziałam, że brzuch mnie boli, okres dostałam i chyba zaraz pójdę spać. I co na to Mąż?

-To dlatego byłaś na mnie wkurzona o ten telefon!

Z dowcipów to ja się mogę śmiać. Ale sprowadzanie każdej różnicy zdań do zmian hormonalnych zachodzących w organizmie kobiety niemożebnie mnie irytuje.

Żona Oburzona jakby mniej...

zona.oburzona

Od dłuższego czasu w mojej pracy daje się zaobserwować zdecydowany wzrost ilości wyjazdów i stresujących sytuacji. W związku z tym Mąż jakby nieco mniej mnie wkurza. Przynajmniej teoretycznie. Z początku myślałam, że coś drgnęło i się zmieniło, ale to chyba jednak chodzi o to, że będąc daleko od domu, od różnych rzeczy odpoczywam. Nagle okazuje się, że brudna podłoga nie wywołuje tsunami, ale delikatny wietrzyk.

Kilka lat temu miałam już podobne pół roku. Wtedy działo się coś dziwnego. Bardzo za tym Moim Mężem tęskniłam. Podczas delegacji dzwoniliśmy do siebie, smsowaliśmy, starałam się przywozić jakieś fajne drobiazgi, których fajność mógł docenić właśnie tylko Mój Mąż. Po czym wracałam i... od progu niemal awantura. Trudno mi nawet ocenić, kto ją zaczynał. Właściwie wyglądało to na samoistny wybuch. Jedna z koleżanek wyjaśniła mi, że może to być kwestia nadmiernej motywacji, by było miło. Jak wiemy z psychologii motywacji, gdy jest ona za duża, to też niedobrze.

Teraz wybuchów nie ma, choć pewnie znalazłoby się parę dla nich powodów. Ale nie czuję się dobrze w takiej pracy. Raz na jakiś czas fajnie mieć czas dla siebie i oderwać się od rzeczywistości. Ale teraz jest tego zdecydowanie za dużo. W hotelach nie umiem zrobić nic sensownego. W domu się rozleniwiam. Ja sama i jeszcze ten Mój Mąż biedny, pozostawiony sam sobie.

Czy ktoś tu jeszcze ma taką pracę, że ciągle w ruchu jest? Nie rozpakowuje torby podróżnej po powrocie, bo nie ma to sensu, wystarczy dorzucić tylko czyste majtki i dwie bluzki? Czy ktoś tak jak ja łapie się na tym, że ma ulubionego konduktora w pociągu PKP Intercity? Że ocenia miasta przez pryzmat hoteli, a hotele wg smaku jajecznicy i twardości materaca?

Jeżeli ktoś z Was tak ma, to napiszcie proszę, jakie macie sposoby na radzenie sobie z takim trybem pracy i związkiem. A może macie jakieś obserwacje z życia innych par?

© mój mąż mnie wkurza...
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci