Menu

mój mąż mnie wkurza...

...bo-jak mawia moja ukochana Żonka Bronka-pochodzi od innej małpy. Zatem skończ jeść i nie pij, zawartość tego bloga grozi zakrztuszeniem.

Wpisy otagowane : prasowka

Znalezione w prasie

zona.oburzona

Wczoraj przy kawie nadrobiłam zaległości w prasie z całego tygodnia. W ostatnim Dużym Formacie GW jest co czytać. Między innymi wypowiedzi licealistów przygotowujących się do studniówki. Mam co prawda mieszane uczucia wobec takich artykułów, bo wydaje mi się, że łatwo zmanipulować opinią czytelnika poprzez dobór wypowiedzi, ich zestawienie i użyte w tekście nagłówki. Także nie będę pisać, że ten reportaż jest super, że młode pokolenie ma sieczkę w głowie, bo to tylko wycinek rzeczywistości. Zacytuję Wam natomiast tak dla rozweselenia w całości wypowiedź jednej z warszawskich licealistek:

Ja też zdaję na prawo! Chcę mieć apartamentowiec z czarnego szkła w Nowym Jorku i zarabiać miliony! Chcę być bogata i nie kryję tego. Jeśli nie dostanę się na prawo, pójdę na sinologię; jeśli i to mi się nie uda, zostanę artystką spod mostu. Albo nie! Będę projektować ubrania, wykreuję nową markę - drogą, oczywiście! Jak coś jest za tanie, ludzie nie chcą kupować.

Co będę robić za dziesięć lat? Będę mieć trójkę ślicznych dzieci, adoptowanych, bo nie za bardzo uśmiecha mi się rodzenie i te sprawy. Będą w trzech kolorach: czerwone, żółte i czarne; jak je położę obok siebie, będą razem wyglądać jak flaga Niemiec!

Moi rodzice już dawno przestali słuchać tego, co gadam. Ale cieszą się, że idę na prawo.*

Uśmiałam się. Jak sądzicie, to możliwe, żeby ktoś tak naprawdę myślał?

 

*fragment zaczerpnęłam z reportażu Moniki Redzisz Wszyscy chcą tańczyć poloneza w pierwszej parze z Dużego Formatu nr 3/1010 z 17 stycznia 2013

Rybka Płetwaczka też jest oburzona

zona.oburzona

Rybka Płetwaczka wie, że poniekąd ma szczęście z uwagi na to, że ma staw, po którym może pływać i ktoś w dodatku za to przekazuje jej różne dobra. Nie wszystkie wodne stworzenia mają takie możliwości. Niektóre nie mogą znaleźć najmniejszego jeziorka dla siebie. Niektóre w jakimś nawet pływały, ale gdy wody zabrakło, to musiały z niego wypłynąć. Są i takie, które po wyjściu z różnych Rybich Akademii nie znalazły jeszcze żadnego stawu, który chciałby je u siebie gościć.

Płetwaczka zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo jest to frustrujące. Wie, że czasami taka ryba ma już jakąś ikrę pod opieką i tym bardziej potrzebowałaby zajęcia. Ma świadomość,  jak bardzo komplikuje życie nieznalezienie obszaru do pływania. Ale...

Rybka Płetwaczka uczyła się w Wyższej Szkole Rybogogiki przede wszystkim o tym, jak przekazywać wiedzę innym pływającym stworzeniom, jak je wychowywać i co robić, by były dobrymi istotami. Był to więc kierunek prawdopodobnie mało przyszłościowy i praktyczny. Płetwaczka właściwie nie dowiedziała się w tej szkole niczego, co przydawałoby się później w którymś ze stawów. Szybko zrozumiała, że nadmiaru pożywienia z tej wiedzy nie będzie. W związku z tym w wolnych od nauki chwilach nasza bohaterka postarała się o różne dodatkowe zajęcia. Kiedy program Szkoły się skończył, udało jej się zaczepić w niedużym oczku wodnym, gdyż doceniono tam te różne fuchy i fuszki. Pozwalano jej pływać tylko okazyjnie, ale za to nauczyła się tam bardzo wielu praktycznych umiejętności. Dzięki temu trafiała do kolejnych stawów. W tym aktualnym nadal wykorzystuje wiedzę z tego pierwszego oczka wodnego.

Rodzice Rybki Płetwaczki nigdy nie byli Grubymi Rybami. Płetwaczka nie dysponuje wartościowymi znajomościami w słodkowodnym świecie. Jest uczciwa, prostolinijna i postępuje według zasad. Bo to wcale nie przeszkadza w znalezieniu stawu. I takie wypowiedzi bardzo ją oburzają. Również takie są dla niej przykre, gdyż bezpośrednio godzą w to, co własnymi płetwami robi.

Rytuały

zona.oburzona

W poprzedniej pracy prawie każdy dzień rozpoczynałam od śniadania, powolnie pitej kawy i lektury w zaciszu własnego pokoju. W poniedziałki była to GW (bo dodatek "Sport" i Dilbert), we wtorki internet, w środy "Polityka", w czwartek GW (bo DF), w piątek również GW (bo program telewizyjny). Do tego dochodziły miesięczniki, kwartalniki... Jak widać, rzeczywiście lubię prasę. Niestety, w obecnym miejscu pracy mam szansę jedynie na kawę. Na nic innego czasu nie ma. No i głupio tak jakoś na oczach wszystkich otwierać gazetę, teraz nie mam już osobnego pokoju. Do kiosku zaglądam zatem tylko w czwartek, by kupić GW i "Politykę" ze środy. I otwieram tygodnik, by zobaczyć, co ciekawego proponuje Andrzej Mleczko. Dzisiejszy rysunek mnie zachwycił. Przedstawia obelisk z napisem MATCE MADZI WDZIĘCZNE MEDIA.

Nowe motto

zona.oburzona

Po dzisiejszym dniu już nic nigdy nie będzie takie samo. Dostałam do ręki dobry argument.

Kiedy następnym razem zdarzy mi się:


-pomstować na zepsute żelazko, które po prostu nie było podłączone do gniazdka
-prosić o pomoc informatyka w firmie, bo nie działa myszka, której kabelek wypadł z komputera
-martwić się, że rzutnik nie współpracuje z laptopem, choć wystarczyło tylko podłączyć przewód do odpowiedniego wejścia,


przeczytam sobie to.

I nie będę się przejmować śmiechami, złośliwościami, czy kawałami o blondynkach, albo o policjantach, jak kto woli. Teraz już cały świat wie, że każdemu może się zdarzyć obluzowany kabelek. Mam nowe motto życiowe. Ha!

Boję się tylko, że na to samo wpadnie np. spółdzielnia mieszkaniowa. Albo ZUS. Tudzież bank. A jeśli tak się zdarzy, to co im powiem, jeżeli na moje zawinione przez nich kłopoty odpowiedzą szczerze i rozbrajająco, że im się jakiś kabelek obluzował i powinnam być wyrozumiała? Skoro nawet takim ważnym i mądrym naukowcom się zdarza...

W każdym bądź razie dzięki neutrinom śniadanie w pracy i prasówka upłynęły w dobrym humorze.

Mąż niezorientowany

zona.oburzona

We wczorajszym numerze "Wysokich Obcasów" pojawiła się bardzo ciekawa pozycja "Wojna domowa". Wywiad z parą, która jest ze sobą już długie lata, wychowuje dwójkę wspólnych dzieci. W zasadzie jest to taki dwugłos. Najpierw dziennikarka rozmawia z jednym, potem z drugim. Nie ma wprowadzenia, nie ma komentarza. Czuję, że o komentarze mogą zadbać internauci i czytelnicy...

Jaki obraz wyłania się z tego wywiadu? Dla mnie żadna z tych osób nie jest zadowolona z siebie, ze związku, z partnera. Pewnie ze względu na własną płeć, widzę więcej winy po stronie mężczyzny. Choć nie mogę się oprzeć wrażeniu, że do tego stanu partnerka po prostu dopuściła, nie próbując na początku poukładać wszystkiego i wychodząc z założenia, że skoro to partner pracuje i zarabia, to ona jest mniej ważna. Co to za pomysł w ogóle? Pomysł pewnie pojawia się w głowie naturalnie, ale to przecież straszna pułapka. Partnerka sama przyznaje, że role wyznaczane obu stronom przez lata wciąż są żywe i ona również tak to postrzega, skoro łapie się na tym, że synowi pozwala na więcej niż córce.

A mężczyzna? Na pytanie o to, czy partnerka lubi gotować, stwierdza, że nie wie, czy sprawia jej to przyjemność. Uznaje też, że jej kuchnia mu nie odpowiada. Kilka lat wspólnego życia jest chyba czasem pozwalającym zauważyć, czy ktoś coś lubi, czy nie lubi, no i można też chyba ustalić, co i jak gotujemy? Partner nie lubi karmienia dzieci, mycia dzieci, podawania im leków. Bo to męczy i nie jest fajne, więc tego nie robi. Ciekawe, czy myśli, że partnerce to sprawia szaloną przyjemność i daje jej satysfakcję? Ale najbardziej irytująca dla mnie wypowiedź padła w odpowiedzi na pytanie, czy po pójściu partnerki do pracy wziął na siebie część obowiązków. Stwierdza: nie przejąłem prania ani gotowania. A innych obowiązków domowych nie widzę.

Nawet jeśli akurat ta para może sobie pozwolić na to, by raz na tydzień przyszedł ktoś do sprzątania, to przecież w ciągu tygodnia tych obowiązków jest mnóstwo. Przy małych dzieciach jeszcze więcej. Co jest nie tak z tym facetem, że tego nie widzi?


Niniejszym uruchamiam nową kategorię "media o wkurzającym mężu".

 

© mój mąż mnie wkurza...
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci