Menu

mój mąż mnie wkurza...

...bo-jak mawia moja ukochana Żonka Bronka-pochodzi od innej małpy. Zatem skończ jeść i nie pij, zawartość tego bloga grozi zakrztuszeniem.

Wpisy otagowane : Jedzenie

Ulubione

zona.oburzona

Jeżeli jesteście w Poznaniu w porze śniadaniowej, odczuwacie głód, a nie macie możliwości zjedzenia domowych gofrów z domową czekowiśnią w zaprzyjaźnionym domu, to najlepszym wyjściem z sytuacji jest śniadanie w Republice Róż.

śniadanie w Republice Róż

Bardzo lubię ten  lokal. Wizyta w nim jest dla mnie obowiązkowym punktem podczas pobytu w Poznaniu. Najchętniej bywam tam właśnie na śniadaniu. I chociaż wybór jest ogromny, zawsze jem to samo. Na zdjęciu brakuje jeszcze świeżego i cieplutkiego croissanta.

Pozostałe punkty weekendowego wypadu równie udane.

...bo papier się rwie

zona.oburzona

Naszło mnie na zrobienie pizzy dla gości. Wybrałam tym razem cienkie ciasto, zazwyczaj decydowałam się na pulchne i wysokie, w którym tonęła masa dodatków. Jedną blaszkę pałaszowaliśmy, reszta siedziała jeszcze w piekarniku. Do przyniesienia kolejnej porcji oddelegował się Mąż Inspirator, zapewne uważając, że się poparzę.

Pizzę ułożyłam na papierze do pieczenia. Mąż uznał, że chwyci za papier i przeniesie ją na stół. Papier nie wytrzymał, pizza wylądowała na podłodze. Oczywiście spodem do góry...

Już kiedyś coś podobnego widziałam...

O różnicach między dziewczynką a chłopcem

zona.oburzona

Pamiętacie późną jesień, kiedy to mogłam stać się królową marudzenia? Często wyjeżdżałam wtedy służbowo. Plusy delegacji (kilometrówka, jeśli jadę autem, czas dla siebie, kino) były w stanie osłodzić mi życie tylko do pewnego momentu. Potem zaczęłam tęsknić za domem, zauważać drobniejsze i większe konflikty z Moim Mężem z powodu mojej nieobecności. Po czym wyjazdy ustały i... zaczęło mi ich brakować. Ostatnio moja praca wróciła do sensownej równowagi, czyli trochę tu, trochę tam i tak jest najlepiej.

Ale kilka tygodni temu wyjeżdżać zaczął Mój Mąż. Póki co wraca na weekendy, zobaczymy, jak długo to potrwa. Na razie ma to dobry wpływ na naszą relację, weekendy jak miesiąc miodowy. Ale pewnie niedługo zacznę się wkurzać, że to ja muszę odkurzać i czar pryśnie.

Na razie śledzę różnice między nami w radzeniu sobie bez współmałżonka.

Jadłospis Mojego Męża podczas mojej nieobecności to tosty i frytki, no czasem zrobi sobie jajko sadzone. Ja też nie mam oczywiście ochoty, by codziennie gotować dla samej siebie, ale mimo to staram się jeść normalnie. Czasem z kimś się umówię, by zjeść coś na mieście, albo pojadę do Mamy, Teściowej, czy wywlekę coś z zamrażalnika. Staram się też zostawić coś z weekendu. No i mam swój repertuar szybkich, smacznych i pożywnych dań.

Mojemu Mężowi nie chce się ścielić codziennie rano łóżka. Zostawia je rozłożone i rozbebeszone. Ja radzę sobie z tematem inaczej, po prostu nie chce mi się łóżka rozkładać. Zarzucam sobie kołderkę na plecy, pod głowę wciskam jasieczek, przytulam ulubioną maskotkę (mamy wpis z gatunku wstydliwe wyznania) i tak na złożonej sofie śpię. Wiem, głupota. Ale przynajmniej nie czuję się w tym łóżku jakaś taka sama.

Jak jestem sama, zdecydowanie dłużej śpię, bo wcześniej się kładę. Mąż korzysta z tego, że nikt mu nie truje, żeby się już położył. I przesiaduje po nocach, choć bywa to nawet efektywne, bo pracuje przy komputerze.

Ogólnie staram się jakiś porządek w domu zachować, czyli nie robić bałaganu. Mój Mąż na odwrót: robi bałagan, a stara się przywrócić porządek. Przecież nikt mu nie każe ciuchów wrzucać od razu do brudnika, więc zostawia je gdzie bądź, ani myć na bieżąco naczyń, więc zalegają stosami. Starania, aby przywrócić porządek... no cóż, pozostają staraniami.

Również inaczej zagospodarowujemy sobie czas w pojedynkę. Ja myślę o tym zawczasu, umawiam się ze znajomymi, planuję załatwianie różnych spraw, zabieram się za dawno odkładane zadania. A Mój Mąż bierze to, co przynosi mu każdy dzień, okraszając to np. oglądaniem nielubianych przeze mnie filmów i seriali.

A podstawowa dla mnie różnica to częstotliwość naszych kontaktów. Kiedy ja wyjeżdżam, dzwonię dość często. Z trasy, gdy dotrę na miejsce, gdy wydarzy się coś ciekawego, przed snem. Jak wiecie z wcześniejszego wpisu, Mój Mąż nie pozwoliłby mi na brak kontaktu telefonicznego... Natomiast On niestety nie ma podzielnej uwagi. W momencie, kiedy wyjeżdża, zaczyna pracować. Pracuje. Myśli o pracy. Przygotowuje się do pracy. Odpoczywa po pracy. Dzwoni, ale sporadycznie. Do tego stopnia jest zaabsorbowany pracą, że zdarza mu się zapomnieć o poinformowaniu mnie, że dojechał na miejsce.

Nie da się ukryć, że jest trochę różnic między nami.

Na ten tydzień zaplanowałam przegląd wiosenno-letniej garderoby, kino, spotkanie z dawno niewidzianą koleżanką i codzienne rowerowe przejażdżki. A początek tygodnia rozpoczęłam miło, kupując w promocyjnej cenie z okazji Światowego Dnia Książki kilka tytułów. To się dopiero nazywa fajniedziałek!

...bo macza parówkę w musztardzie

zona.oburzona

Wychodzi na to, że wspólne jedzenie śniadań wzbudza w naszym domu wiele kontrowersji. Na pewno kojarzycie słynny problem z jajkiem na miękko, teraz dojdzie do tego parówka z musztardą.

Takie mamy ostatnio upodobanie, że raz w tygodniu pożeramy na śniadanie parówki, obowiązkowo z dodatkiem musztardy.Tak niedietetycznie, nieekologicznie, nie-bio, nie-śmo.

Tym razem to ja mam obsesję dotyczącą procedury jedzenia.

Otóż musztardę nakładam sobie na talerzyk. Następnie kawałek parówki smaruję odrobiną musztardy nabranej z talerzyka nożem. Z kolei Mój Mąż parówkę nabitą na widelec zanurza bezpośrednio w słoiku. Mnie to irytuje, być może niesłusznie, bo mam wrażenie, że mi ta musztarda potem śmierdzi parówką. Nie mówiąc o tym, że zdarzało mi się z musztardy wyciągać jakieś parówkowe ścinki.

Ale ostatnio go pokarało za robienie po swojemu. W roztargnieniu zanurzył sobie parówkę w herbacie... Popłakałam się ze śmiechu.

Jutro wstajemy wcześnie i ruszamy się z domu na weekend. Przed wyjazdem planujemy właśnie takie śniadanie, jest szansa, że niewyspany Mąż ku mojej uciesze powtórzy ten wyczyn.

...bo aprowizując improwizuje

zona.oburzona

W jednej z kuchennych szuflad mam trzy kilogramy mąki tortowej, cztery torebki z bułką tartą, jedno zamknięte i dwa otwarte opakowania mąki ziemniaczanej. Mąki tortowej nie używam. Bułki tartej bardzo rzadko używa Mój Mąż, gdy ma ochotę na tradycyjne kotlety w panierce. Mąka ziemniaczana przydaje się w tym samym celu i czasem w niewielkich ilościach do ciasta.

Ponadto zostałam ostatnio poproszona o nabycie drugiego worka z papierem toaletowym i trzeciej rolki z folią aluminiową. Bywa i tak, że w domu pojawiają się dwa egzemplarze "Polityki", czy "Gazety Wyborczej".

Mój Mąż po prostu, idąc na zakupy, nie sprawdza, co w domu jest, a czego nie ma. Ale przecież nie ma problemu. To tylko rzeczy przecież. To tylko kilka złotych.

Nic takiego przecież się nie dzieje. Przynajmniej na razie. A za jakiś rok podczas generalnych porządków w kuchni znów trzeba będzie wyrzucić coś do śmieci, bo się przeterminuje.

Jasne, że mąkę tortową można komuś wcisnąć, a folia aluminiowa się przyda. Ale czy naprawdę nie można by kontrolować zapasów, które są w domu? Zadzwonić do Żony Oburzonej i spytać, czy kupiła gazetę?

© mój mąż mnie wkurza...
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci