Menu

mój mąż mnie wkurza...

...bo-jak mawia moja ukochana Żonka Bronka-pochodzi od innej małpy. Zatem skończ jeść i nie pij, zawartość tego bloga grozi zakrztuszeniem.

Wpisy otagowane : na-ostatnia-chwile

Żona Opóźniona

zona.oburzona

Zupełnym przypadkiem i cudownym zrządzeniem losu w późny sobotni wieczór dotarło do mnie, że termin przekazania pewnego istotnego dokumentu do pewnej bardzo ważnej instytucji mija nie w najbliższy poniedziałek, ale właśnie tego samego dnia. Na szczęście tragedii nie było, ponieważ moje miasto dysponuje całodobowym urzędem, tym razem pocztowym, umiejscowionym w ścisłym centrum miasta, tłumnie odwiedzanym w weekendowe wieczory przez ludzi żądnych rozrywki. W lekkiej panice wydrukowałam co trzeba, wypełniłam, zaadresowałam kopertę, wrzuciłam na siebie cokolwiek i poleciałam do samochodu. Niczym biedny Kopciuszek musiałam zdążyć przed północą.

Kto z Was widział tego dnia pędzącą przez wielkomiejski Rynek kobietę z brakiem uczesania na głowie, może podejrzewać, że widział mnie. A jeżeli jeszcze ta kobieta wymachiwała dużą kopertą, a spod jej płaszcza wystawało coś, co wydawało Wam się podobne do rąbka koszuli nocnej, to możecie mieć pewność, że ujrzeliście na własne oczy Żonę Oburzoną.

Dokument wysłany, odetchnęłam. Żal tylko, że straciłam godzinę, którą chciałam przeznaczyć na obejrzenie jednego z ulubionych filmów w telewizji.

No muszę się pokajać, że mi też się zdarzyło, nie tylko Mojemu Mężowi. Zastanawiam się tylko, jak on psychicznie znosi załatwianie większości ważnych spraw na ostatnią chwilę? Mnie jedna taka sprawa niemożliwie zestresowała.

...bo skrzywdził mi laptopka

zona.oburzona

Mój pierwszy laptop... łezka w oku się kręci. Pisałam niedawno o komputerach i Wasze komentarze przypomniały mi historię sprzed dobrych kilku lat. Przytaczam.

Mój Mąż nie wyjeżdża w delegacje tak często jak ja, ale jak już jedzie, to zdecydowanie na dłużej. Oczywiście znacie go już (kto nie zna, niech zajrzy tu) i domyślacie się, że nawet wizja miesięcznego wyjazdu nie była w stanie sprowokować go do wczesnych i systematycznych przygotowań. Oprócz pakowania i zakupów Mój Mąż miał zająć się pogrzebaniem w moim laptopie, sam mi to obiecał. Nie pamiętam już teraz, co się stało, ale problem był poważny i uniemożliwiał sprawne korzystanie z komputera. Mąż zajął się tym w ostatnim dniu przed wyjazdem. Robił to w tak zwanym międzyczasie: między czasem szukania potrzebnych rzeczy a czasem pakowania ich do plecaka. Kiedy oznajmił, że problem rozwiązał, okazało się, że i owszem, ale rozwiązanie jednego problemu wygenerowało inny, znacznie poważniejszy: permanentny brak połączenia z internetem. Chyba zaprezentowałam wtedy lekką histerię. Na pewno na frustrację wywołaną zepsutym sprzętem nałożyły się obawy związane z rozłąką. Niemniej jednak, kiedy Mąż spokojnie oznajmił mi, że nie naprawi tego, bo nie wie jak, a nie ma czasu, żeby się zastanawiać, możecie sobie wyobrazić moją reakcję. Ogromną siłą woli zmusiłam się, by jako tako się zachować i pożegnać Męża, wyrażając żal z powodu jego wyjazdu, a nie zdewastowania mojego laptopa.

Do dziś nie wiemy, co takiego się stało, że internet nie chciał z laptopem współpracować. Co prawda Mój Mąż sugerował, że chętnie przyjrzałby się temu po powrocie, ale ja wolałam zaprosić sobie kolegę i za zawrotną cenę obiadu i coli uzyskać konkretną pomoc. Wrócił internet, pierwotny problem się już nie pojawił.

Nawiasem mówiąc, uczciwie muszę przyznać, że łezka w oku za pierwszym laptopem kręci się przede wszystkim dlatego, że zginął on śmiercią tragiczną. I ja to uczyniłam nieszczęsna!

...bo robi wszystko na ostatnią chwilę

zona.oburzona

Oczywiście można się przyczepić do tego, że ja się czepiam. W końcu jak sobie facet lubi robić wszystko na ostatnią chwilę, to może niech sobie robi? Ja bym się nawet mogła na to zgodzić, gdyby to było efektywne. Wtedy - proszę bardzo, rób sobie tak, skoro ci się żywnie podoba. Ale... Zawsze jest jakieś ale...

Niedawno Mój Mąż wybierał się załatwić Pewną Ważną Sprawę, której to raczej nie da się załatwić w stroju innym niż garnitur i koszula z krawatem. Ponieważ o Sprawie tej wiedzieliśmy dużo wcześniej, na tydzień przed tym terminem marudziłam mu, by wyjął garnitur, sprawdził, czy czysty, uprasowany etc. Zabrał się za to dzień przed o godzinie 21.30. Co się okazało? Ano okazało się, że garnitury ślubne mają taką właściwość, że powieszone w szafie i dłużej nie ruszane, ulegają dziwnym procesom, w efekcie których jest ich po prostu mniej. Zwłaszcza w rejonie pośladków i brzucha. Nie wiem doprawdy, nawiasem mówiąc, dlaczego jeszcze nikt nie wymyślił garniturów męskich z materiału z domieszką gumy. W każdym bądź razie około godziny 22 stanęliśmy oko w oko z następującym faktem: Mój Mąż nie ma się w co ubrać, gdyż ani garnitur, ani ewentualne zamienniki eleganckich spodni do założenia się nie nadają.

W związku z tym byliśmy zmuszeni wybrać się do całodobowego przybytku zwanego potocznie TEŻCOŚ, aby nabyć drogą kupna spodnie prasowane na kant za sumę kilkudziesięciu złotych, która to cena nie była może zawrotna, za to spodnie niestety zawierały zawrotną liczbę procentową poliestru. Ze względu na to, że krój ich i rozmiar był naprawdę bardzo dziwny, Mój Mąż spędził dodatkową godzinę z igłą i nitką w ręku, dopasowując nogawki do swoich potrzeb.

Chyba nie muszę tłumaczyć dalej...

© mój mąż mnie wkurza...
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci