Menu

mój mąż mnie wkurza...

...bo-jak mawia moja ukochana Żonka Bronka-pochodzi od innej małpy. Zatem skończ jeść i nie pij, zawartość tego bloga grozi zakrztuszeniem.

Wpisy otagowane : wspomnienia

Potrzeby i oczekiwania

zona.oburzona

Niektórym kobietom nie wystarcza bukiet róż,
chcą, żeby mężczyźni tym różom zmieniali jeszcze wodę.

Z jedzeniem bywa tak, jak z muzyką. Efekt reminiscencji, jakże trafnie zdiagnozowany w Rejsie, znamy chyba z autopsji wszyscy. Pamiętamy smak szynki świątecznej z dzieciństwa, bo teraz już takiej nie ma. Bigos najlepszy jest u mamy w domu. I nikt tak nie piecze sernika po wiedeńsku jak babcia.

Moja Mama gotuje, bo musi, bo przecież jeść trzeba. Nawet czasem wykorzysta jakiś nowy przepis, żeby nie było nudno. Ale żeby mieć do tego serce?

Za to Tato był doskonałym kucharzem. Zastanawiam się dzisiaj, skąd mu się to wzięło. Wychowywała go raczej ulica, po której biegał z braćmi i kuzynami. W kuchni w tym czasie urzędowała Babcia, dla której liczyło się, by przygotowywany posiłek był pożywny, wartościowy, a przy tym tani. O smaku potraw raczej nie myślała, ale wszystkie dania bardzo wszystkim smakowały. Może więc u Taty wyrósł talent, który u Babci miał szansę jedynie zakiełkować? Chociaż i on realizował swoją pasję na miarę możliwości rodziny na dorobku u schyłku PRL-u.

Tato był znany z przygotowywanych przez siebie mięs, sałatek, nie miały sobie równych jego marynowane grzybki. Kiedy ktoś przywoził nam świeżo złowione ryby, Tato z radością spędzał cały dzień przy patelni. Całym rytuałem było przygotowywanie kotletów mielonych, nie umiem osiągnąć takiego efektu jak on. Pierwszą pizzę jadłam w domu, a były to lata 80... W tym samym czasie eksperymentował z chińszczyzną. Jeśli korzystał z przepisów, to zawsze twórczo je przerabiał. Jeśli przepisu nie miał, próbował coś wymyślić. W czasach, gdy w sklepach nie można było dostać zbyt wiele, wyczarowywał cuda z warzyw rosnących na uprawianej przez siebie działce, czy łatwo dostępnego nabiału. Pamiętam nieosiągalny dzisiaj smak duszonej cebuli z chlebem (ileż to musiało być kalorii?!), a smażony ser jadłam na długo przed tym, gdy dowiedziałam się, że to potrawa najbardziej kojarząca się z Czechami.

Przygotowywanie tych frykasów trwało długo, a Tato delektował się byciem w kuchni. Jakby udawał, że prowadzi program: każdy składnik najpierw lądował w osobnej miseczce, blat był cały zastawiony brudnymi naczyniami. Tato lubił próbować, za każdym razem brał nową łyżkę, bo nie pamiętał, gdzie odłożył ostatnią. W trakcie gotowania a to doprawiał, a to dosypywał, nie przejmując się zupełnie tym, że coś leci na kuchenkę, czy podłogę. Wyobraźcie sobie więc, jak wyglądała typowa dla wielkopłytowego bloku kuchnia po działalności takiego wirtuoza. Artyści przecież rzadko myślą o przyziemnych sprawach. Mój Tato z radością i satysfakcją przynosił na półmisku aromatyczną pieczeń, za sobą zostawiając  zalany tłuszczem piekarnik, pokryty warstwą mąki blat i zlew pełen resztek jedzenia.

I wiecie, co przypomina mi się w pierwszej kolejności, gdy pomyślę o Tacie w kuchni?

Ale tu bałagan.
Kto to teraz posprząta?
Wolałabym już sama to ugotować.
Więcej naczyń nie mogłeś ubrudzić?
To było dobre, ale co z tego, skoro teraz muszę to wszystko ogarnąć.
Dlaczego nie możesz też po sobie sprzątać?

Większość przepysznych posiłków serwowanych przez Tatę była okraszona niezadowoleniem Mamy, pretensjami, ironicznymi komentarzami o tym, jaki bałagan po sobie zostawił.

Taty od wielu lat nie ma już z nami. Mama nadal gotuje, bo musi. Utyskuje, że nikt nie robi tego za nią. Patrzę, jak miesza zupę w garnku, słucham, co mówi i jeszcze nie odważyłam się zapytać, czy wystarczyłoby jej, żeby Tata był i gotował? Czy też oczekiwałaby jednak, że nie tylko coś przygotuje, ale również pozostawi po sobie lśniącą kuchnię?

Kilka pierwszych lat wspólnego życia z Inspiratorem to nauka bycia w związku, a najlepsze lekcje to te, których podstawą jest błądzenie. Zaczynałam od odwzorowywania postępowania Mamy, często robiłam to nieświadomie. Potem trzeba było zmierzyć się z konsekwencjami. Po licznych awanturach i fochach zarówno moich, jak i Inspiratora, wiem, że nie można przesadzić z oczekiwaniami. To banał i jasna jak słońce oczywistość. A jednak często tak wielu z nas zamiast dziękować za to, co od partnera otrzymuje, chce więcej i więcej. Czasami otrzeźwienie przychodzi za późno.

Czasami nie przychodzi nigdy. Słucham mojej Mamy i wiem, że mimo olbrzymiego doświadczenia życiowego, nadal bardziej zwraca uwagę na wodę w wazonie, niż na oszałamiający zapach kwiatów...

obrazek


Powyższy wpis bierze udział w zabawie Fidrugauki. Już niedługo rozpocznie się głosowanie!

Wspólny mianownik*

zona.oburzona

Co pamiętamy z lat dziecinnych? W pierwszej kolejności do głowy przychodzą mi:

  1. Trudne przeżycia, małe i większe nieszczęścia: śmierć kogoś bliskiego, pobyt w szpitalu, szeroko rozumiany ból, jakiego się zaznało;
  2. Radosne chwile: pamiętne Święta, gdy Gwiazdor był bardzo hojny, a rodzice szczególnie zadbali o atmosferę, beztroskie wakacje u rodziny na drugim końcu Polski, pomysłowe zabawy z ulubionym kuzynem;
  3. Wydarzenia i sytuacje, które czegoś małego człowieka nauczyły, ukształtowały jego preferencje lub pozostawiły na zawsze konkretne reakcje;

Zmiana i rozwój wiążą się z wyjściem poza strefę komfortu - to jedna z moich ulubionych teorii, przywołuję ją na prowadzonych szkoleniach i w rozmowach ze znajomymi. Często w okrojonym zakresie. Akcentuję to, co niegdyś najbardziej mi się w niej spodobało: uczymy się, zmieniamy, idziemy do przodu wtedy, gdy odczuwamy napięcie, lęk i niepewność. Jeżeli tych trudnych emocji nie ma, to znaczy, że to nie jest nowa sytuacja.

Myślę, że kilka wpojonych mi w dzieciństwie zasad pamiętam bardzo dokładnie właśnie dlatego, że okoliczności, w których ich się uczyłam, wzbudzały różne silne emocje. Podobnie jest ze źródłami tego, co lubię, a czego nie. Oto subiektywny przegląd nauk zawdzięczanych ukochanemu Dziadkowi, który przez jakiś czas był dla mnie świetnym opiekunem, choć nie obyło się bez wpadek. Musiało się to wszystko wydarzyć w pierwszych pięciu latach mojego życia. Dziadek niestety zbyt wcześnie nas opuścił.

Uwielbiam pić gorące napoje w kubkach. Szklanki - rzadko, bo rzadko, ale jednak jeszcze spotykane - od lat działają mi na nerwy. Trzydzieści lat temu to szklanka była podstawowym naczyniem, z którego się piło. Również i kilkulatce Dziadek podawał herbatkę w szklance. Efekt? Znaczne uszczuplenie zastawy: na koncie mam jakieś 3 pogryzione szklanki. Pamiętam, jak Dziadek zasiadał przy stole i cierpliwie za pomocą pęsety składał kawałki szkła, by upewnić się, że wnuczka żadnego kawałeczka nie połknęła. Do dziś dźwięk zębów uderzających o brzeg szklanki wywołuje we mnie nieprzyjemny dreszcz...

Z tego, co opowiadają dorośli o swoich wyczynach z dzieciństwa i pomysłach swoich pociech, wnioskuję, że dzieci żywo interesują się różnymi otworami w swoim ciele i ich możliwościami (jakkolwiek to brzmi). I mnie to nie ominęło. Dziadek często dawał mi do zabawy monety. Lubiłam kłaść na nich kartkę papieru i mocno zaczerniając ołówkiem, odwzorowywać orła i reszkę. Kiedyś coś strzeliło mi do głowy i postanowiłam jedną z nich włożyć sobie do nosa. Musiała to być chyba dziesięciogroszówka, te chyba były najmniejsze. Na szczęście na tyle duże, że daleko tej monety nie wepchnęłam. Znów w ruch poszły cierpliwe ręce Dziadka i pęseta. Nie pamiętam, co Dziadek powiedział, było to jednak na tyle znaczące, że więcej takich eksperymentów już nie robiłam.

W dzieciństwie emocje wzbudzał telefon, wtedy oczywiście tylko w stacjonarnym wydaniu. Ciągnęło mnie do odbierania, rozmawiania i dzwonienia. Nie pozwalano mi na to, za to ja sama pozwalałam... Raz Dziadek pozwolił mi wybrać dowolny numer i zadzwonić. Nie mam pojęcia, jak to się stało, że nie zadzwoniłam do Honolulu, że dodzwoniłam się gdziekolwiek, może Dziadek czuwał i podsuwał w jakiś sposób cyfry? W każdym bądź razie pani, do której zadzwoniłam uprzejmie, miło, acz bardzo stanowczo upomniała mnie, że telefon nie służy do zabawy. Nie było to przyjemne... Jakie dziecko lubi być upominane? Dziadek dołożył do tego kilka swoich słów i od tamtej pory telefon przestał być dla mnie atrakcją. Co więcej nigdy potem nie robiłam żadnych telefonicznych dowcipów.

Do głowy przychodzą mi oczywiście różne inne sytuacje: kiedy pierwszy raz okłamałam rodziców, spóźniłam się do domu, zgubiłam cenną rzecz. Te pierwsze zasady były jednak dużo prostsze i stanowiły fundament. Na naukę etyki i zasad współżycia społecznego przyszedł czas później, Dziadka niestety już wtedy zabrakło...


*Skąd ten tytuł? Część z Was na pewno w trakcie lektury zorientowała się, że wpis ma drugie dno i wiąże się z pomysłem Fidrygauki. Co ja się namęczyłam, żeby ten wspólny mianownik trzech przedmiotów znaleźć! Olśniło mnie dzisiaj w nocy. Coś mnie obudziło, silny wiatr nie pozwolił zasnąć... I oto jest, choć już myślałam, że będę musiała się poddać. Zdopingowała mnie myśl, że brak wpisu oznaczałby zwycięstwo Kominka, a to już było nie do pomyślenia!

...bo dba o wydatki

zona.oburzona

Dzisiaj sięgam pamięcią daleko wstecz... To było jeszcze zanim Inspirator stał się Mężem, jeszcze nie mieliśmy świadomości, co nas czeka. Jakoś tak się złożyło, że Inspirator kąpał się w moim rodzinnym domu. Wyszedł z łazienki zafrasowany, na jego twarzy można było dostrzec lekki zdenerwowanie i niepewność.

Ja: Coś się stało?
Inspirator: Słuchaj... Czy ten płyn do higieny intymnej jest bardzo drogi?
Ja: Nie, nie jest, a czemu pytasz?
Inspirator: Bo przez pomyłkę umyłem nim sobie włosy.

...bo nie chciał kupić spodni

zona.oburzona

Ta historia wydarzyła się jakiś czas temu podczas zimowych lub letnich wyprzedaży. Przypomniałam ją sobie, gdy szwendałam się po galeriach handlowych i uzupełniałam letnią garderobę, wykorzystując ostatnie promocje. I co powiecie na to, że za jednym zamachem nabyłam dwie sukienki (w zeszłym roku żadnej), dwie bluzki (wokół jednej chodziłam kilka miesięcy, w końcu cena była o dwie trzecie niższa) i strój kąpielowy dwuczęściowy (jazda na rowerze i zmiana diety wreszcie poskutkowały)?

Tamtego razu Mąż Inspirator wyraził potrzebę uzupełnienia garderoby własnej, czym prędzej więc zarządziłam wymarsz z domu. Takie okazje trzeba wykorzystywać, podstępem przynosząc do przymierzalni jeszcze dwie koszule, dodatkowy sweter, a nawet zupełnie niezaplanowaną kurtkę. Bo skoro Inspirator chce przymierzać, to niech przymierza jak najwięcej, nie wiadomo bowiem, kiedy trafi się następna taka okazja.

Wtedy celem głównym były spodnie. Kiedy dotarliśmy do galerii handlowej, nagle Inspirator zmienił front. Zaczął się wykręcać. Wręcz zaparł się rękami i nogami, że nie, żadnego przymierzania i żadnych zakupów nie będzie. Nie było łatwo mnie przekonać, żaden argument do mnie nie trafiał, ponieważ ja mogłam wykorzystać ten najbardziej racjonalny: pół godziny wcześniej decyzję o wyjściu z domu podjęliśmy tylko i wyłącznie ze względu na to, że chciał mieć nowe spodnie.

Ciekawe, czy gdybym poprosiła Was o zgadywanie, wpadlibyście na to, co się stało...

Otóż u progu sklepu odzieżowego Inspirator przypomniał sobie, że nie założył bokserek.

...bo chciał wszystkiego dopilnować

zona.oburzona

To jest opowieść sprzed ponad 10 lat, przypomniałam ją sobie całkiem niedawno. Bardzo rozbawiła moją koleżankę...

To były czasy, gdy Mąż Inspirator nie był jeszcze narzeczonym, ale wiele wskazywało na to, że tak się stanie. Wszyscy dookoła wiedzieli, że on ma tzw. poważne zamiary, a ja zaczęłam czuć wolę Bożą (pamiętacie, skąd ten cytat?). W związku z tym moja rodzina wyszła z inicjatywą, by zaprosić na kolację rodziców mojego przyszłego Męża. Kolacja odbyła się w miłej atmosferze. Goście przynieśli wódeczkę i kwiaty. Po kilku miesiącach przyszedł czas na rewanż. Zaczęliśmy głowić w domu, co zanieść gospodarzom. Moja bardzo pomysłowa w takich sytuacjach Mama wymyśliła, żeby zakupić wino musujące i specjalny kubełek do chłodzenia szampana. O, mniej więcej taki. Na początku wizyty wręczyliśmy moim przyszłym Teściom alkohol w wiaderku wypełnionym zgromadzonym specjalnie na tę okazję lodem. Pomysł bardzo się spodobał.

Kiedy po kilku godzinach zbieraliśmy się już do wyjścia, żegnaliśmy się w butach i kurtkach, Mąż Inspirator in spe nagle zakrzyknął: poczekajcie! Po czym po chwili przybiegł i wręczył nam wymyty i osuszony kubełek na lód...

 

 

© mój mąż mnie wkurza...
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci