Menu

mój mąż mnie wkurza...

...bo-jak mawia moja ukochana Żonka Bronka-pochodzi od innej małpy. Zatem skończ jeść i nie pij, zawartość tego bloga grozi zakrztuszeniem.

Wpisy otagowane : jezyk-polski

Na językach

zona.oburzona

Znów będzie o języku, ale tym razem na wesoło.

Parę lat temu spotkałam się z dawno nie widzianą koleżanką. W tak zwanym międzyczasie każda z nas została trafiona strzałą Amora i wyszła za mąż. Duża część spotkania została zatem poświęcona na omówienie zalet i wad wybranych przez nas kawalerów. Koleżanka opowiadała między innymi o tym, że łączy ją z mężem coś w rodzaju więzi językowej. Mają własne powiedzonka, określenia na różne rzeczy, komunikują się w charakterystyczny sposób, często niezrozumiały dla innych. Przyznam się Wam, że nie umiałam zrozumieć, o co jej chodzi. Przecież my z Inspiratorem mamy tak samo. Czy nie dotyczy to wszystkich par?

Nie przytoczę naszych przykładowych powiedzonek, czy określeń, jakich używamy, zwracając się do siebie. Boję się, że niektórzy z Was po przeczytaniu ich zakrzyknęliby: o mamo, to naprawdę ona to wszystko pisze! Są tak charakterystyczne moim zdaniem. Poprzestanę na czymś lżejszym, być może zwyczajnym.

Niedawno odpaliliśmy jakiś stary telefon i odczytaliśmy sobie zapisane w nim smsy. I teraz zagadka dla Was. Co oznaczają te słowa?

NASZA KRÓWKA JUŻ NA NAS CZEKA

Poproszę o umieszczanie w komentarzach wszelkich skojarzeń i pomysłów na to, co ten sms mógł oznaczać. Zobaczymy, czy zgadniecie.

Aktualizacja: Zgadła Kamaoka. Krówka to nasza sofa. Sms informował, że czeka na nas w magazynie sklepu z meblami.

Język, poczucie humoru i tolerancja

zona.oburzona

W zasadzie nie wiem tak do końca, jak to się stało, ale wychowano mnie w duchu tolerancji i szacunku dla inności. Zastanawia mnie to czasem, bo już moje rodzeństwo patrzy na pewne tematy zupełnie inaczej. A ja od wczesnych lat nie umiałam pogodzić się np. z rasizmem. Bardzo przeżywałam sceny znęcania się nad niewolnikami w serialu Północ - Południe. Płakałam nad zbyt wcześnie przeczytanymi Medalionami Nałkowskiej. Pamiętacie z Dynastii Stevena, który przez swój homoseksualizm nie mógł dogadać się z ojcem? Nie miałam jeszcze dziesięciu lat, a już byłam oburzona taką postawą.

W związku z niedawnymi wydarzeniami w naszym Sejmie byłam a to świadkiem, a to uczestnikiem różnych dyskusji na temat tolerancji. Bo przecież tak łatwo od związków partnerskich i transseksualizmu przejść do pedałów, a następnie do żydków i czarnuchów*. Nie po raz pierwszy zetknęłam się z wypowiedziami w stylu: nie mam nic przeciwko gejom, ale niech się tak nie afiszują. Albo nie mam nic do Żydów, a wystarczy, że powiem żydek i już mnie biorą za antysemitę. Dlaczego nie mogę nazwać żydówką tenisistki z Izraela? Potwierdza to tylko moim zdaniem tezę, że nasze społeczeństwo nie jest tolerancyjne.

Ostatnio zostałam uznana za osobę pozbawioną poczucia humoru. Nie śmieszą mnie bowiem kawały:

  • o homoseksualistach
  • o Żydach, Romach oraz o innych narodach, czy grupach etnicznych
  • o czarnoskórych i innych rasach**

Nawet jeśli jakiś dowcip wydaje mi się zabawny i tak uważam za szkodliwe opowiadanie go. Przyznaję się, że miałam w swoim repertuarze taki jeden o małym czarnoskórym chłopcu. Przestałam go opowiadać jakiś czas temu. Dlaczego?

Z tego samego powodu, dla którego wiele osób jest oburzonych słowami Bożeny Dykiel, a Berberys nie lubi żartów typu baby do garów.

Język jest potężnym narzędziem. Ta sama sytuacja opisana w różny sposób może być odmiennie zrozumiana. Słowami można zranić, uwieść, omamić. Językiem można wychowywać do określonych postaw, choćby do antyfeminizmu, akceptowania przemocy, czy nacjonalizmu. I to jest moim zdaniem najważniejsze.

Opowiadanie dowcipów wyśmiewających którąś ze wskazanych przeze mnie grup to przyzwolenie na brak tolerancji i dyskryminację. I nie kupuję tutaj wytłumaczenia, że trzeba mieć dystans i nie można być przewrażliwionym. Będziemy mogli pozwalać sobie na dystans, gdy nie będzie przejawów nietolerancji.

A, jeszcze jedno. Strasznie mnie irytują teksty części mieszkańców Warszawy o słoikach. Toż to podszyte jest ksenofobią i nacjonalizmem.

*Wspomnianych słów użyłam celowo jako ilustrację pewnego zjawiska. Uważam, że każde z nich jest obelżywe.

**Nie śmieszą mnie również żarty o pedofilach, ale wątek ten nie mieści mi się we wpisie.

Mus mieć końcówkę

zona.oburzona

Chyba istnieje coś takiego, jak synchronizacja blogerów. W ostatni piątek zaczęłam przygotowywać ten wpis, a dzisiaj na ulubionej Kurze nie dość, że temat podobny, to jeszcze zostałam wspomniana. Aż mi rumieniec policzki ozdobił. Rumieniec dumy, ale i wstydu, zdaje się, że trzeba trochę błędów językowych poprawić...

Z niniejszymi rozważaniami czekałam do dzisiejszego dnia z uwagi na moje sobotnie opóźnienie i katastrofę kolejową, tamte tematy wydały mi się ciekawsze na świeżo. I dobrze się stało, bo wpis trochę wzbogaciłam.

Zacznę od tego, że lubię język polski. Te wszystkie kropki, przecinki i ogonki. Zasady pisowni i subtelne wyjątki od reguł.  Interesujące brzmienie niektórych odmienianych czasowników. I powiem Wam, że czasem, jak już mi się bardzo nie chce pracować w korporacji, to mi się marzy bycie badaczką* języka, takim połączeniem Katarzyny Kłosińskiej, Jerzego Bralczyka i Jana Miodka. Chyba mam parcie na szkło.

Wolę język ojczysty niż inne, ale nie jestem jakąś szaloną purystką językową i wiem, że język pracuje, zmienia się, że ludzie urabiają go tak, by pasował i był użyteczny.

Ma to swoje dobre strony. Czekam z utęsknieniem na czasy, gdy znienawidzone przeze mnie wyrażenie must have na stałe zagości w naszym języku, otrzymując jakiś normalny kształt.

Czy znajdzie się w nim w formie nieco tylko spolszczonej masthew? To jest mój masthew, nie mogę żyć bez masthewa, kupię masthew, wychodzę ze sklepu z masthewem, opowiadam o masthewie...

Może nie ulegnie żadnym modyfikacjom i pozostanie tak, jak mamy à propos z nienaturalnie dla naszego języka wygiętym ogonkiem? I wtedy niestety będę się na to must have natykać w ilustrowanych czasopismach i witrynach sklepowych.

A może po prostu to przetłumaczymy, dzięki czemu uzyskamy słowo musmieć, a w liczbie mnogiej musmiecie.

Wyobraźcie sobie blog panny T. z krzyczącym hasłem MUSMIECIE TEGO SEZONU! MOJE MUSMIECIE NA LATO! ABSOLUTNY MUSMIEĆ TEJ ZIMY! Albo hasło: Z POPRZEDNIEGO SEZONU MUSMIECIE, TO DO WYRZUCENIA ŚMIECIE! No i największy koszmarek, straszny w swej prostocie: MUSMIEĆ MODOWY.

Nie wiem, jak Wy, ale ja jestem za.

Musmieć brzmi koszmarnie, wiem. Ale puśćmy teraz wodze fantazji. Może kiedyś pojawi się takie słowo w naszym języku. Na początku będzie przeszkadzało, potem spowszednieje.

Tak samo przyzwyczaimy się do żeńskich form wyrazów, które w tej chwili funkcjonują tylko w rodzaju męskim. Kiedyś raziła psycholożka. Dzisiaj już nie.

Jestem zła na szefową Ministerstwa Sportu i Turystyki** Joannę Muchę. Poruszyła ważną dla mnie i dla wielu kobiet kwestię, ale zrobiła to w taki sposób, że niestety zostało to wyśmiane. Jestem zła na panie, które zostały zaproszone przez Tomasza Lisa do jego wczorajszego programu, aby o żeńskich końcówkach podyskutować. Panie niestety zupełnie niepotrzebnie najpierw dyskusję zradykalizowały, mówiąc o przemocy i aborcji, a następnie sprowadziły do poziomu banału, odnosząc się do gotowania i sprzątania. Dwie zmarnowane okazje, aby Polakom przekazać coś istotnego.

Dla mnie ważne jest, aby równość kobiet i mężczyzn umocniła się właśnie w języku. To pierwszy krok do zlikwidowania różnych barier, które nie pozwalają zarówno kobietom, jak i mężczyznom swobodnie pełnić funkcji zwyczajowo zarezerwowanych dla płci przeciwnej. Zwróćcie uwagę, że Joanna Mucha jest najbardziej krytykowana, choć innym ministrom też daleko do ideału. Z drugiej strony pomyślcie, jakie skojarzenia budzą się, gdy pomyślimy o mężczyźnie - przedszkolanku.

Wolałabym, aby dzieci, poznając język polski, uczyły się, że niezależnie od tego, czy są chłopcem, czy dziewczynką, mogą wszystko. Język to początek, on będzie wpływał na mentalność. A może mentalność wpływa na język?

Jedna z posłanek zacytowana we wczorajszym programie Tomasza Lisa woli, by mówić o niej poseł Sz. Jestem zła na panią Sz. za ten komentarz, choć pokazuje on smutną prawidłowość. Żeńska końcówka deprecjonuje stanowisko, nawet według kobiet. I to właśnie trzeba zmienić.

 

*Przyznaję się, że w piątek napisałam badacz, dopiero dzisiaj dopisałam końcówkę. Sama się zawstydziłam, bo wyszło na to, że mało konsekwentna jestem.

**Prawda, że sprytnie wybrnęłam, by nie użyć słowa minister?

 

© mój mąż mnie wkurza...
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci