Menu

mój mąż mnie wkurza...

...bo-jak mawia moja ukochana Żonka Bronka-pochodzi od innej małpy. Zatem skończ jeść i nie pij, zawartość tego bloga grozi zakrztuszeniem.

Wpisy otagowane : zmiany

Podsumuję sobie, a co!

zona.oburzona

Kiedyś przeczytałam lub usłyszałam życzenia świąteczno-noworoczne, które bardzo mi się spodobały. Chodziło w nich o to, by nadchodzący rok był lepszy od tego, który się kończy, a gorszy od tego, który nastąpi po nim. I takiego progresu zazwyczaj życzę w grudniu krewnym i znajomym.

Zazwyczaj życzę tego również sobie samej, choć rzadko skupiam się na analizie pojedynczych rocznych odcinków czasu. Z uwagi na to, że nigdy nie byłam rzeczniczką nadawania sylwestrowej nocy zbyt dużego znaczenia, kolejne lata płynnie przechodziły mi w następne.

Ale tym razem pozwolę sobie na kilka obserwacji, bowiem odnoszę wrażenie, że coś drgnęło i tendencja zwyżkowa jest zauważalna. Po średnim i fatalnie zakończonym roku 2011, szaro-burym i ponurym roku 2012, kończący się właśnie 2013 był naprawdę niezły.

Po pierwsze, udało nam się z Inspiratorem co nieco zwiedzić, a to "co nieco" jest znacznie większe od tego, co widzieliśmy w ostatnich latach. Rok zaczął się z przytupem w Brukseli, potem był Czeski Raj, Chorwacja, na krótko zajrzeliśmy nad polskie morze.

Po drugie, nastąpiła sensowna równowaga w pracy. Pierwsza połowa 2012 roku to bezczynność na moim stanowisku, wiecie, że to jeszcze gorsze niż nadgodziny? Później zmieniłam pracodawcę i chyba ktoś postanowił wyrównać rachunki, bo gdy pomyślę o drugiej połowie roku, widzę swoje biurko i ewentualnie wnętrze auta, którym pokonywałam setki kilometrów w trakcie delegacji. Później sytuacja uległa uspokojeniu, teraz mogę się pracą po prostu cieszyć.

Po trzecie, znalazłam chęci, by znaleźć czas na robienie czegoś dla siebie. Wróciłam do nauki angielskiego, zaczęłam się uczyć czeskiego. Im bardziej ten drugi język wydaje się być niepotrzebny, tym większą sprawia mi frajdę i tym większą mam motywację, by się uczyć.

Po czwarte, wydłużenie sezonu rowerowego okazało się być strzałem w dziesiątkę. Nigdy nie miałam zacięcia do regularnych ćwiczeń, aerobiku, siłowni itp. Wybrałam najprostsze rozwiązanie, czyli dojazdy na rowerze do pracy. Jest regularny ruch, mam więcej energii, łatwiej mi się zasypia i wstaje. I otoczenie mówi, że chudnę.

Po piąte, staliśmy się właścicielami przysłowiowych czterech ścian. Na razie są betonowe i gołe, ale wszystko przed nami.

Byłoby super, gdybym w szóstym punkcie mogła wpisać, że układa się i moim najbliższym. Niestety, dla części z nich to nie był łatwy rok, tylko czas ciężkich rozstań, chorób, trudnych zmian. Oby los był dla nich łaskawszy.

TYM Z WAS, KTÓRZY MIJAJĄCY ROK MOGĄ UZNAĆ ZA SATYSFAKCJONUJĄCY,
ŻYCZĘ DALSZEGO PROGRESU.
A TYM, KTÓRYM BYŁO CIĘŻEJ, ŻYCZĘ, BY NASTAŁY JASNE DNI.
WSZYSTKIEGO DOBREGO!

Bajka o rybce Płetwaczce

zona.oburzona

Była sobie rybka, nazwijmy ją Płetwaczką. Przez lata pływała, trzymając się płetw rodziców, aż przyszła pora na usamodzielnienie się.

Wybrała jeden z pobliskich stawów. Nigdy nie mieszkała sama, wszystko więc było dla niej nowe. Szybko okazało się, że woda nie jest tak czysta, jak jej się wydawało, pokarmu też nie ma tam za wiele. Ale inne rybki były fajne, choć oczywiście nie wszystkie. Kiedy Płetwaczka zaczęła w nim mieszkać, najważniejszym stworzeniem w stawie była dżdżownica, której wydawało się, że jest rybą. Potem stawem rządziło wielkie rybsko, któremu wydawało się, że jest syreną. Następnie uznano, że stawem będzie przewodzić ryba, która okazała się być tylko wodną rośliną. W każdym bądź razie wszyscy rządzący mieli dość duże problemy z tożsamością, co utrudniało życie Płetwaczce i jej koleżankom.

Kiedy nasza bohaterka usłyszała, że można przeprowadzić się do innego stawu, postanowiła z tej okazji skorzystać. Z boku wyglądał on na większy, nowocześniejszy i bardziej komfortowy. Rybka ochoczo się do niego wprowadziła. Bardzo szybko okazało się, że za fasadą rafy koralowej i ławicą kolorowych błazenków można znaleźć przede wszystkim stare i tłuste oraz bardzo niesympatyczne karpie. Woda mętna, rośliny można było podziwiać rzadko. Początkowo Płetwaczka nie wierzyła swoim rybim oczom. Pływała, obserwowała, poznawała inne ryby, dojrzewała...

Tym stawem również rządziło po kolei kilka stworzeń. Pierwszego nikt nie widział, były więc uzasadnione podejrzenia, że tak naprawdę nie istnieje. Kolejnym najważniejszym stworzeniem w stawie była chyba-ryba. Nikt nie miał pewności, bo nigdy nie odezwała się do żadnego ze stworzeń, chociaż dość często opływała cały staw. Koniec chyba-ryby był tragiczny. Zjadł ją rekin. I to on zaczął rządzić w stawie. Rekin w stawie? No właśnie.

Płetwaczka była raczej miłą, wesołą i towarzyską rybką. Szybko nawiązała więc bliskie znajomości z najfajniejszymi - jej zdaniem - rybkami w stawie. Były one starsze i znacznie dłużej mieszkały tam niż Płetwaczka. Od nich nauczyła się bardzo przydatnych sposobów pływania w mętnej wodzie. A nie było to łatwe.

Sednem ich bycia w stawie było po prostu pływanie. Pływanie. I pływanie. W dodatku w dziwny sposób. Co jakiś czas bowiem ktoś ustalał, że Płetwaczka i jej koleżanki mają pływać np. do góry brzuszkiem. Albo ogonkiem do przodu. Albo pieskiem. Płetwaczkę to irytowało, ale z czasem przywykła. Bawiło ją z kolei to, że niektóre ryby z entuzjazmem brały się za np. chodzenie na ogonku, chociaż co chwilę się wywracały i wyglądały idiotycznie. Te ryby były jednak przekonane, że to niesamowite uczucie. Nie zastanawiały się właściwie, po co to robią, ale to robiły.

Płetwaczka czuła, że gdyby nie te najfajniejsze rybki, ciężko byłoby jej wytrzymać w tym stawie. W pewnym momencie zauważyła, że nawet jeśli nie pływa, to i tak nikogo to nie obchodzi. Wystarczało odcisnąć swoją płetwę w odpowiednim miejscu na dnie stawu, to wystarczało. Potem można było zagrzebać się w mule i odpoczywać. Można było też bez przeszkód gawędzić z innymi fajnymi rybkami. Miało to swoje plusy.

Płetwaczka spędziła tak wiele miesięcy. W końcu inne rybki uświadomiły jej, że to nie ma sensu. Może lepiej poszukać innego stawu? Kilka zbiegów okoliczności sprawiło, że możliwa stała się przeprowadzka. Płetwaczka długo się nie zastanawiała... Zauważyła bowiem, że staje się coraz bardziej podobna do tłustych i niesympatycznych karpi, choć sama była drobną i zgrabną rybką. Nie oczekiwała jednak cudów w nowym miejscu. Uznała, że po stawach nie można się spodziewać czegoś innego. Tak już po prostu w nich jest, tak wygląda rybie życie.

Pierwsze, co zauważyła Płetwaczka, to czystość i przejrzystość wody w nowym stawie. Nie musiała się już zastanawiać, kim jest ryba nadpływająca z naprzeciwka. Albo czy ciemny kształt przed nią to but jednego z wędkarzy, czy rekin rządzący stawem. Skrzela Płetwaczki o wiele lepiej pracowały. Okazało się też, że żyje się tam dużo aktywniej i nudzenie się na dnie stawu nie wchodzi w rachubę. Płetwaczka miała pływać, ale przy okazji otrzymała odpowiedzialną funkcję, co dość ją zestresowało. Ale w tym stawie jedni dbali o wodne rośliny, inni kontrolowali trasy przepływu wodnych stworzeń, a jeszcze inni zajmowali się powiększaniem stawu. Płetwaczka miała się zająć również bardzo ważnym zadaniem, ale ku jej zaskoczeniu zanim to nastąpiło, została dokładnie poinformowana, co i w jaki sposób ma robić. Stworzenia kierujące stawem wydawały się być sympatyczne i przyjazne, cierpliwie tłumaczyły, co która ryba powinna robić. Podobnie zresztą nowe koleżanki i koledzy Płetwaczki. I jedzenia w stawie było pod dostatkiem. I ładnie w nim było. I wesoło.

I tylko dwie sprawy męczyły Płetwaczkę. Po pierwsze, czasami wydawało jej się, że w odróżnieniu od innych mieszkańców, widzi wodny świat w ciemniejszych barwach, które charakterystyczne były dla poprzedniego stawu, w którym mieszkała. Po drugie, zastanawiała się, czy to wszystko prawda? Może stworzenia w tym stawie udawały i nic nie było w nim takie, jak się wydawało?

ryba w wodzie

Mam nadzieję, że się podobało. Jeżeli macie ochotę dopisać coś do historii Płetwaczki, to gorąco zapraszam!

Już za chwileczkę, już za momencik

zona.oburzona

Jeszcze tylko dwa dni i jakieś 2 godziny. Po tym czasie niestety niemal płynnie oddam się w ręce nowego pracodawcy. Płynnie, bo kilka dni przerwy to żadna przerwa. Niestety, bo urlop trzeba odłożyć na jesień. Jakoś już to przebolałam. I tak Mąż na razie zajęty i na wyjazd się nie wyrwie.

Im bardziej moja prawa noga jest poza firmą, a lewa odrywa się już od podłoża, by popędzić za koleżanką, tym bardziej nie chce mi się w tej organizacji być.

Ale przecież nie było tam aż tak dramatycznie. Owszem, miało się to poczucie braku głębszego sensu w tym, co się robi. I jakiejś powtarzalności, która paradoksalnie nie była źródłem wiedzy dla innych, że skoro coś raz i drugi nie wyszło tak, jak powinno, to za siódmym razem nie ma co spodziewać się cudu. Mimo wszystko dużo się tam nauczyłam. Do pewnego momentu zbierałam nowe i wartościowe doświadczenia. Nie byłabym takim pracownikiem, jakim jestem, bez tej pozycji w CV.

Przede wszystkim jednak cenię sobie kilka spotkanych tam osób, bez których byłoby mi trudno. Koleżankę, która do firmy mnie ściągnęła. Drugą, z którą bardzo często razem coś robiłam i dobrze nam to wychodziło. Trzecią, z którą łączy mnie wspólne hobby. Jeszcze inną, z którą codziennie rano omawiałyśmy podczas rozmowy telefonicznej poprzedni dzień... Im zawdzięczam nie tylko dobrą atmosferę, ale również wsparcie merytoryczne. Wiele się od nich nauczyłam. Miałam okazję spotkać się z nimi i pożegnać, fajnie się złożyło, bo na co dzień rozsiane jesteśmy po całej Polsce.

I chociaż ogromnie się cieszę ze zmiany i mam dobre przeczucia, to gdy mówiłam im do zobaczenia i dziękowałam za piękne pożegnanie, ryczałam jak bóbr.

Czy będziemy utrzymywać ze sobą kontakt? Pewnie nie z każdą i nie tak częsty.  Nie mam złudzeń, że będzie to trwało, choćby ze względu na zmianę okoliczności. Poza tym mam wrażenie, że im dalej w las, tym trudniej się zaprzyjaźniać. A z tymi, z którymi się nie udaje zaprzyjaźnić, ciężko podtrzymywać kontakt. Bo skoro nie ma się czasu dla wszystkich, to rezygnuje się z tych, z którymi relacja jest najsłabsza.

Podejrzewam, że jedna zostanie na stałe. Z każdego większego życiowego doświadczenia (liceum, studia, miejsce pracy) ktoś w gronie najbliższych zostaje. Po jednej osobie właśnie...

Idzie nowe

zona.oburzona

Najbliższy miesiąc sponsoruje literka W. Zgadniecie dlaczego? Miałam taki pomysł, by ogłosić konkurs w ramach obchodów rocznicy mojego blożka (zdrobnienie blogasek jednak mi się nie podoba) i zapytać Was, co oznacza W. Ale nie miałabym wtedy tematu na wpis...

W jak wypowiedzenie. Wiecie, już zapomniałam, jak bardzo lubię je składać! Nie mam co prawda zbyt dużego doświadczenia w tym zakresie, robię to raczej rzadko, ale sprawia mi to ogromną przyjemność.

Po pierwsze, nie ukrywam, że bardzo miło słucha się rozpaczy i wyrazów uznania  z ust współpracowników. Człowiek ma szansę dowiedzieć się, jak wiele znaczył dla innych. Nawet przy założeniu, że 50% to wypowiedzi szczere, i tak ego puchnie i jakoś tak szybciej się człowiek nad ziemią unosi.

Po drugie, jest zabawnie, gdy te zachwyty i rozpacze generuje ktoś, z kim darło się koty.

Po trzecie, świetnie prowadzi mi się prezentacje, szkolenia, spotkania, gdy tak bardzo jest mi wszystko jedno. Nagle się okazało, że jestem asertywna, wszystko po mnie spływa i z każdym kretynem umiem sobie poradzić.

Po czwarte, bywa, że można się utwierdzić w decyzji. Reakcja przełożonych potrafi dodać niesamowitej energii i zmotywować do pracy. Tylko już u innego pracodawcy... Berberysie, może to też byłby ciekawy wątek do Twojego artykułu?

Małe zmiany

zona.oburzona

W związku z tym, że planuję zamieścić wpisy autorstwa zwycięzców mojego konkursu, pojawi się na blogu nowa kategoria "gościnne występy u Żony Oburzonej". Może będę ją eksploatować częściej, kto wie. Ponadto postanowiłam zlikwidować pierwotny podział notek o moim Wkurzającym Mężu. Co to ma za znaczenie, czy to śmieszy, czy nie, skoro wszystko w zasadzie po prostu wkurza. Poza tym sama miewam czasami problem w dopasowaniu do wpisu kategorii. Zatem pozostawiam następujące kategorie:

Żona Oburzona informuje - do informowania o zmianach na blogu i przekazywaniu istotnych wiadomości związanych z blogiem

Żona Oburzona zaprasza do zabawy - konkursy, zabawy, sondy, a to wszystko z Wami - czytelnikami (teraz nie ma odwołania, muszę coś wymyślić)

gościnne występy u Żony Oburzonej- wpisy, których autorem nie jest Żona Oburzona

kultura i wkurzający mąż - o mężach z książek, filmów i seriali

wkurza mnie, bo... - czyli wpisy o tym, dlaczego Mój Mąż mnie wkurza

Mam nadzieję, że nowy podział się spodoba. Jeśli macie jakieś uwagi, zapraszam do komentowania.

© mój mąż mnie wkurza...
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci