Menu

mój mąż mnie wkurza...

...bo-jak mawia moja ukochana Żonka Bronka-pochodzi od innej małpy. Zatem skończ jeść i nie pij, zawartość tego bloga grozi zakrztuszeniem.

Wpisy otagowane : nowy-rok

¡Hasta la vista!

zona.oburzona

W zeszłym roku nawet wyszło mi podsumowanie. Dzisiaj mogę Wam co najwyżej napisać, o ile wzrósł nam metraż na osobę i umożliwiająca odpoczynek powierzchnia sofy, a o ile dłuższa jest droga rowerem do pracy. O ile czasu mniej poświęcam na mycie naczyń (ach, zmywarko!), a o ile więcej na mycie podłogi...  Wszystko inne było mniej  ważne, przeprowadzka to główny punkt  programu, najważniejsza pozycja w menu na 2014 rok.

Teraz korzystam ze sprawdzonego już nie raz przepisu na urlop. Z tymże jest bardziej spektakularnie. Urlop dłuższy, a wyjazd tym razem nie spontaniczny, a zaplanowany już kilka miesięcy temu. A dzisiaj siedzę na kanapie i będę bezczynnie witać nowy rok, co niezwykle mnie cieszy. Bezczynnie oznacza oczywiście brak wymuszonej imprezy oraz miły  wieczór w towarzystwie Inspiratora, książek/prasy, filmów/seriali, no i ulubionego piwa, które zastąpi szampana (fanami nie jesteśmy).

Zostawiam Was na dłużej z piosenką. Niestety bliżej mi do Montserrat Caballé tuszą niż głosem, a i frontmana Queen prędzej doścignę wąsikiem, ale refren ostatnio wciąż mam w głowie, więc i z gardła się czasem wyrwie Barcelooooonaaaa!. To chyba jasne, że tytuł  wpisu nie jest przypadkowy, nie bez powodu żegnam się z Wami i 2014 rokiem po hiszpańsku.

WSZYSTKIEGO DOBREGO DLA WAS. ŻYJCIE I DZIAŁAJCIE TAK,
BY BYŁO WAM DOBRZE, A WASZEMU OTOCZENIU DOBRZE Z  WAMI.
ROK 2015 PEWNIE NIE BĘDZIE ŁATWY,  ALE MOŻE BYĆ INTERESUJĄCY.
HASŁO: OBYŚ ŻYŁ W  CIEKAWYCH  CZASACH
NIECH TYM RAZEM NIE BĘDZIE PRZEKLEŃSTWEM.

Podsumuję sobie, a co!

zona.oburzona

Kiedyś przeczytałam lub usłyszałam życzenia świąteczno-noworoczne, które bardzo mi się spodobały. Chodziło w nich o to, by nadchodzący rok był lepszy od tego, który się kończy, a gorszy od tego, który nastąpi po nim. I takiego progresu zazwyczaj życzę w grudniu krewnym i znajomym.

Zazwyczaj życzę tego również sobie samej, choć rzadko skupiam się na analizie pojedynczych rocznych odcinków czasu. Z uwagi na to, że nigdy nie byłam rzeczniczką nadawania sylwestrowej nocy zbyt dużego znaczenia, kolejne lata płynnie przechodziły mi w następne.

Ale tym razem pozwolę sobie na kilka obserwacji, bowiem odnoszę wrażenie, że coś drgnęło i tendencja zwyżkowa jest zauważalna. Po średnim i fatalnie zakończonym roku 2011, szaro-burym i ponurym roku 2012, kończący się właśnie 2013 był naprawdę niezły.

Po pierwsze, udało nam się z Inspiratorem co nieco zwiedzić, a to "co nieco" jest znacznie większe od tego, co widzieliśmy w ostatnich latach. Rok zaczął się z przytupem w Brukseli, potem był Czeski Raj, Chorwacja, na krótko zajrzeliśmy nad polskie morze.

Po drugie, nastąpiła sensowna równowaga w pracy. Pierwsza połowa 2012 roku to bezczynność na moim stanowisku, wiecie, że to jeszcze gorsze niż nadgodziny? Później zmieniłam pracodawcę i chyba ktoś postanowił wyrównać rachunki, bo gdy pomyślę o drugiej połowie roku, widzę swoje biurko i ewentualnie wnętrze auta, którym pokonywałam setki kilometrów w trakcie delegacji. Później sytuacja uległa uspokojeniu, teraz mogę się pracą po prostu cieszyć.

Po trzecie, znalazłam chęci, by znaleźć czas na robienie czegoś dla siebie. Wróciłam do nauki angielskiego, zaczęłam się uczyć czeskiego. Im bardziej ten drugi język wydaje się być niepotrzebny, tym większą sprawia mi frajdę i tym większą mam motywację, by się uczyć.

Po czwarte, wydłużenie sezonu rowerowego okazało się być strzałem w dziesiątkę. Nigdy nie miałam zacięcia do regularnych ćwiczeń, aerobiku, siłowni itp. Wybrałam najprostsze rozwiązanie, czyli dojazdy na rowerze do pracy. Jest regularny ruch, mam więcej energii, łatwiej mi się zasypia i wstaje. I otoczenie mówi, że chudnę.

Po piąte, staliśmy się właścicielami przysłowiowych czterech ścian. Na razie są betonowe i gołe, ale wszystko przed nami.

Byłoby super, gdybym w szóstym punkcie mogła wpisać, że układa się i moim najbliższym. Niestety, dla części z nich to nie był łatwy rok, tylko czas ciężkich rozstań, chorób, trudnych zmian. Oby los był dla nich łaskawszy.

TYM Z WAS, KTÓRZY MIJAJĄCY ROK MOGĄ UZNAĆ ZA SATYSFAKCJONUJĄCY,
ŻYCZĘ DALSZEGO PROGRESU.
A TYM, KTÓRYM BYŁO CIĘŻEJ, ŻYCZĘ, BY NASTAŁY JASNE DNI.
WSZYSTKIEGO DOBREGO!

Żony Oburzonej Stary i Nowy Rok

zona.oburzona

Co roku daleko mi do przeżywania euforii w Sylwestra i do noworocznych postanowień. Właściwie przyjmuję obojętnie koniec starego roku. No raz czułam coś na kształt wzruszenia. Było to w 1999, pomyślałam sobie wtedy, że kiedyś swoim dzieciom i wnukom będę z dumą i nostalgią opowiadać jak to się żyło w latach rozpoczynających się od jedynki... Styczeń jest jednak dobrą okazją do podsumowania minionego roku naszego małżeństwa, ponieważ mniej więcej w tym czasie obchodzimy rocznicę naszego ślubu.

Każdy wspólny rok miał jakiś motyw przewodni. A właściwe dwa. Awers i rewers. Światło i cień. Przez każdy borykaliśmy się z jakimś większym kłopotem, mając przy tym coś, co dawało nam radość. Nie inaczej było w 2011.

Radość tamtego roku trochę wyblakła w grudniu, póki co jeszcze nic nie cieszy tak, jak cieszyło kiedyś. Dla mnie nieoczekiwanie zupełnie w 2011 roku jakąś tam pociechą stał się blog. Póki co, mam wrażenie, że nabieram zdrowego dystansu do wielu drobiazgów, o których tutaj piszę. A i podczytywanie Waszych blogów jest miłym akcentem każdego dnia.

Nie mam noworocznych postanowień, ale mam kilka marzeń, takich zwyczajnych, drobnych. Mam też kilka obaw odnośnie tego, co może stać się awersem, a co rewersem 2012 roku.  Na część z tych spraw nie mam niestety wpływu. A te, na które mam... Zobaczymy.

 

© mój mąż mnie wkurza...
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci