Menu

mój mąż mnie wkurza...

...bo-jak mawia moja ukochana Żonka Bronka-pochodzi od innej małpy. Zatem skończ jeść i nie pij, zawartość tego bloga grozi zakrztuszeniem.

Wpisy otagowane : sylwester

Nie znam tego faceta!

zona.oburzona

Listopad jest ponury, bury, zimny, ogólnie be i fu. To już zostało ustalone. I nic tego nie zmieni. W sklepach na wieszakach asortyment sylwestrowo-karnawałowy. Na pięknym Rynku naszego miasta kolorowy jarmark świąteczny. Ale to jeszcze za wcześnie. Na razie te cekiny, bombki i choinki mi nie pasują. Zazwyczaj tak około 4 grudnia załapuję klimat Świąt i wtedy nawet siedemnaste Driving home for Christmas, czy sto pięćdziesiąte ósme Last Christmas nie zmniejszają mojego entuzjazmu. Póki co, pogrążam się w listopadowym ponurniku.

Oprócz aury i krótkich dni listopad wiąże się jeszcze z czymś, co bardzo mnie irytuje. To w tym miesiącu padają dwa znienawidzone przeze mnie pytania.

  1. Co robicie w Andrzejki?
  2. Jakie macie plany sylwestrowe?

Mało kto potrafi zrozumieć, że świętowanie imienin mężczyzn, których nie znam, nie leży w mojej naturze. Czasy, kiedy czułam się zobowiązana, by w tym zbiorowym szaleństwie uczestniczyć, minęły gdzieś pomiędzy studniówką a studenckimi połowinkami. Wcześniej gdzieś około 23 października wpadałam w panikę, przeradzającą się szybko w depresyjne odrętwienie z powodu braku planów na Andrzejka i niezarezerwowanego wyjazdu na Sylwestra. A teraz lubię te dni spędzać tak, jak mi się podoba. I polecam to każdemu. Jeśli tylko bal na sto par jest spełnieniem Twoich marzeń - masz moje błogosławieństwo. Jeśli idziesz na imprezę andrzejkową do kultowej knajpy, bo tradycja tego wymaga, a tak naprawdę Ci się nie chce - poczuj teraz ciężar mojego spojrzenia zawierającego sporą dawkę politowania.

Andrzejki wypadają w tym roku chyba w piątek (piszę chyba, bo nigdy nie wiem, kiedy się je tak naprawdę świętuje), a ja w piątki wracam z pracy i nurkuję pod koc. Sylwester wypada w okresie, kiedy zazwyczaj biorę urlop, gdyż w obszarze, w którym działam, w tym czasie nic się nie dzieje. A skoro biorę urlop, możemy gdzieś z Inspiratorem (czy również kojarzy Wam się to z Terminatorem?) wyjechać. Po raz kolejny zdecydowaliśmy się na kilkudniową wycieczkę do jednej z europejskich stolic. Wyjazd jest organizowany przez głównego KaOwca naszego domu, czyli przeze mnie. W planie uwzględniam muzea, zakupy lokalnych specjałów i spacery po najpopularniejszych miejscach tego miasta. Nie uwzględniam natomiast imprezy sylwestrowej. Czy uważacie, że ze mnie dziwak, bo 31 grudnia o północy wystarczy mi o spacer po historycznej dzielnicy miasta i wspólne świętowanie z przypadkowo spotkanymi turystami? A zresztą... co tu świętować?

Żony Oburzonej Stary i Nowy Rok

zona.oburzona

Co roku daleko mi do przeżywania euforii w Sylwestra i do noworocznych postanowień. Właściwie przyjmuję obojętnie koniec starego roku. No raz czułam coś na kształt wzruszenia. Było to w 1999, pomyślałam sobie wtedy, że kiedyś swoim dzieciom i wnukom będę z dumą i nostalgią opowiadać jak to się żyło w latach rozpoczynających się od jedynki... Styczeń jest jednak dobrą okazją do podsumowania minionego roku naszego małżeństwa, ponieważ mniej więcej w tym czasie obchodzimy rocznicę naszego ślubu.

Każdy wspólny rok miał jakiś motyw przewodni. A właściwe dwa. Awers i rewers. Światło i cień. Przez każdy borykaliśmy się z jakimś większym kłopotem, mając przy tym coś, co dawało nam radość. Nie inaczej było w 2011.

Radość tamtego roku trochę wyblakła w grudniu, póki co jeszcze nic nie cieszy tak, jak cieszyło kiedyś. Dla mnie nieoczekiwanie zupełnie w 2011 roku jakąś tam pociechą stał się blog. Póki co, mam wrażenie, że nabieram zdrowego dystansu do wielu drobiazgów, o których tutaj piszę. A i podczytywanie Waszych blogów jest miłym akcentem każdego dnia.

Nie mam noworocznych postanowień, ale mam kilka marzeń, takich zwyczajnych, drobnych. Mam też kilka obaw odnośnie tego, co może stać się awersem, a co rewersem 2012 roku.  Na część z tych spraw nie mam niestety wpływu. A te, na które mam... Zobaczymy.

 

...bo lubi wygrywać

zona.oburzona

A może po prostu powinnam napisać, że umie wygrywać?

Oboje bardzo lubimy gry planszowe. Mój Mąż po latach grania z upodobaniem na komputerze od jakiegoś czasu wraca do bardziej tradycyjnych rozrywek. Ja z kolei dowiedziałam się, że nie tylko scrabble, poczciwy chińczyk i rummikub, ale również gry raczej strategiczne mi odpowiadają. No i znaleźliśmy grę, która idealnie nam obojgu odpowiada, czyli "Osadnicy z Catanu", ale tylko i wyłącznie ze wszystkimi do niej dodatkami. Wersja podstawowa już nas nudzi.

Mój Mąż jest w to naprawdę dobry. Czasami mam wrażenie, że jest to gra, która może trwać bardzo długo, może iść różnie każdemu, ale na końcu i tak wygrywa Mój Mąż. Rzadko zdarza się, żeby wygrał ktoś inny. Czekam na moment, gdy z gry z nami zaczną rezygnować po kolei różni nasi znajomi i członkowie rodziny, których w to wciągnęliśmy, zdegustowani faktem, że tak przeciętnie im idzie.

Zdradzę Wam pewną tajemnicę. Ja też lubię wygrywać i być w czymś najlepsza... Rodzice starali się mnie nauczyć, że przegrana to nic strasznego, nie dopuszczali na przykład do tego, by dawać mi wygrać w Piotrusia. Trochę to we mnie stępili. Chęci wygranej nigdy nie manifestuję jakoś szczególnie, chyba, że chodzi o to, by wygrała ulubiona drużyna sportowa, ale to już całkiem inna historia. Ja po prostu wewnętrznie przeżywam rozgrywkę, licząc, że moje wysiłki będą miały efekty.

Pewnie łatwiej byłoby mi znieść przegraną, gdyby Mój Mąż:

-nie manifestował tego, że nie chce, abym wygrała ja

-nie posądzał mnie niesłusznie o oszustwo

-nie wykorzystywał dostępnych metod dokopania innym graczom, aby celowo dokopać właśnie mi, nawet jeżeli nie idzie mi najlepiej

W sumie trudno stwierdzić, kto zaczął. Ta spirala się sama nakręca.

A tak naprawdę, łatwiej by mi było przegrywać, gdybym częściej wygrywała.


Po napisaniu powyższego fragmentu przeczytałam go na spokojnie i uznałam, że wyszliśmy na niezłych wariatów, ogarniętych żądzą wygranej i pokonania w rywalizacji współmałżonka. Chciałabym więc zaznaczyć, że chyba trochę dramatyzuję, bo naprawdę lubimy w ten sposób spędzać czas, część naszych znajomych inicjuje kolejne spotkania poświęcone "Osadnikom", no i jeszcze nie było żadnego kryzysu małżeńskiego spowodowanego szczególnie ostrą rozgrywką.

Wpis na temat grania nie pojawił się przypadkowo. Właśnie oddalamy się z miejsca zamieszkania, a znaczną część naszego bagażu stanowią właśnie różne gry planszowe. Przy tej okazji życzę Wam wieczoru sylwestrowego takiego, jak lubicie. Już dawno przestałam życzyć szampańskiej zabawy, bo mnie samą średnio to kręci. Ostatnimi czasy moją ulubioną sylwestrową kreacją jest ciepły dres.

Wszystkiego dobrego!

 

© mój mąż mnie wkurza...
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci